#xR5Jt

Uwaga, będzie obrzydliwie.
Kluczowe dla wyznania jest to, że mam koty - w liczbie mnogiej. Jeden z nich jest obecnie purchlęciem, ma parę miesięcy i dopiero uczy się życia.

Historia właściwa:
Jak co dzień rano zadzwonił budzik, a ja udałem się do miejsca wszelakich przemyśleń - czyli na kibelek. I jak co dzień rano towarzyszyły mi w tym koty, również purchlak. Purchlak ma ostatnio fazę na umywalkę, ale jako że jest jeszcze małym wypierdkiem, żeby do niej wskoczyć, musi najpierw wejść na muszle klozetową i dopiero stamtąd jest w stanie to osiągnąć.

Po skończonych czynnościach, kiedy wstałem z kibelka, purchlę uznało, że to idealny moment, żeby udać się do swojej nowej miejscówki. Nie zdążyłem nawet wciągnąć spodni, a on wskoczył. Prosto w środeczek. Dodam tylko, że owego dnia mój "wytwór" nie był ani trochę w stałej formie. Jak powszechnie wiadomo, połączenie kot + woda = (w większości przypadków) kocia panika. Teraz wyobraźcie sobie scenę rodem z horroru - kot, cały w gównie, przerażony wskakuje do umywalki, otrzepuje się, gówno spada wszędzie - na lustro, na szafki, do prysznica, na podłogę, na inne koty. I pośród całej tej gównianej sytuacji ja.

Mycie kota i całej łazienki z kupy nie jest najlepszym sposobem na rozpoczęcie dnia.
Zdecydowanie nie polecam.
DanceInRain Odpowiedz

To chyba najlepsze wyznanie o gównie spośród wyznań o gównie.

Odpowiedzi (3)
Primacafe Odpowiedz

Oj nie chciałabym być na Twoim miejscu :)

Zobacz więcej komentarzy (5)

#o3Z2t

Na stypie po babci brat taty opowiedział nam wartą przekazania dalej historię.

"Polska wieś, lata 50. Amerykanie budują rakiety, by podbić niebo, a u nas na wsi zęby wyrywa kowal.
Moja rodzina. Ojciec, matka, dziadkowie i my - czworo obsmarkanych, bosych smarkaczy.
Lato.
Brat przybiega z płaczem, że Kazek zemdlał. Idę za szopę. Kazek leży, na trawie krew.
Pytam brata co się stało. Kazek poszedł sikać i zemdlał. Zabieramy brata do domu. Matka w płacz, ojciec w złość, bo niedługo żniwa. Babcia lament, szuka gromnicy.
Wzywam wioskowego lekarza. Siwy, chudy jak wiór chłop, bada Kazka i stwierdza, że trzeba do szpitala, bo to nerki. Ojciec, pijany, wyrzuca go z domu, a ja dostaję największe w życiu lanie za sprowadzanie szatana pod nasz dach.
Noc. Kazek rozpalony rzuca się na łóżku. Czuwam przy nim chociaż wiem, że rano trzeba będzie go zostawić i iść w pole.
Podejmuję decyzję. Zaprzęgam wóz i zawożę Kazka do szpitala, prawie 30 km od domu.
Tam diagnozują guz przy pęcherzu, zapalenie nerek i zakażenie. Lekarz stwierdza, że trzeba zgody rodziców na operację, bo ja mam tylko 14 lat. Błagam go, by operował mimo to. Zgadza się. Kazek budzi się kilka godzin później. Wszystko jest dobrze.
Wracam do domu. Wychodzi do mnie matka. Ojciec nie chce nas widzieć. Wolą Boga było widzieć Kazka u siebie.
Kilka dni śpię w stodole, potem jednak wpuszczają mnie do domu, potrzeba rąk do pracy.
Po Kazka jadę kilka dni później. Słaby, ale żywy. Ojciec drze się o darmozjadach i niedojdach, które nawet nie są w stanie pracować. Opiekujemy się nim z rodzeństwem".

Kazek to mój tata. Gdyby nie wujek, nie byłoby go dzisiaj z nami. Ani mnie, drodzy Anonimowi. Mam nadzieję, że takie czasy już nigdy nie będą dla nikogo codziennością.
Hayguro Odpowiedz

Najbardziej przeraża zachowanie rodziny, szczególnie ojca. Porworny człowiek.

Wpoldodrugiej Odpowiedz

Pomyśleć, że takie traktowanie dzieci było kiedyś normą. Jedno wpadło przy zabawie do studni? Spoko, zostało jeszcze 7

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (4)

#KSzXO

Mój mąż to bardzo mądry człowiek. Złote dziecko od najmłodszych lat. Już na początku studiów profesorowie ściskali mu dłonie i gratulowali publikacji. Doktorat, habilitacja były dla niego czymś oczywistym, nie musiał się nawet starać. Co roku ogromne granty na badania, stypendia ministra i propozycje prestiżowych staży za granicą.

Jestem też ja. Z zawodu kosmetolog, i to całkiem dobrze wyszkolony. Od drugiego roku studiów ciężko pracowałam, by być najlepszą. Oczywiście nigdy nie byłam choć w połowie tak dobra jak mój mąż. Tylko dwa razy wypuściłam publikację, a i moja pensja mocno odstawała od jego.

Pomimo różnic udało nam się zbudować rodzinę. Oczywistym było dla wszystkich, że to ja się poświęcę i zostanę z dziećmi. Zaakceptowałam to, stwierdziłam, że kariera mojego męża jest bardziej ambitna od mojej i to ja powinnam zrezygnować z życia zawodowego.

Potem, oprócz wychowywania dzieci, doszły częste wyjazdy. Na początku uważaliśmy oboje, że w ten sposób, z europejską pensją, zarobimy na dom w Polsce. Jednak miejsca zamieszkania, domy, samochody, znajomych i środowisko musieliśmy zmieniać jak rękawiczki. On jeździł po ośrodkach, uczelniach, college'ach, a ja siedziałam z dziećmi domu. Nawet jak udało mi się zdobyć pracę, a dzieciom załatwić nianię lub przedszkole, za pół roku znowu trzeba było ruszać.

Nie mamy domu stałego. Dzieci nie mają przyjaciół, kontaktu z rodziną, nie mają swojego miejsca. Może i znają po 3 języki, są obyte i zwiedziły pół świata, ale nie znają własnych dziadków.

Nie wiem dlaczego to piszę. Jestem samotna. Nie mam koleżanek, mąż całymi dniami pracuje, bo to jego pasja, a nawet jak wróci, to spacer raz w tygodniu i wypad do kina czy do teatru nie zrehabilituje tej samotności.

Kocham go, ale żałuję, że jest tym, kim jest. Wolałabym żeby nie był tym złotym dzieckiem. Każda moja próba wynegocjowania stałego miejsca zamieszkania to jak cios w jego karierę. Liczyłam, a i on mnie zapewniał, że moje poświęcenie będzie chwilowe, aż dzieci nie podrosną. Z tym że po 10 latach wypadłam z rynku, nie otworzę własnej działalności ani nie zatrudnię się u kogoś na 3 do 6 miesięcy. Tęsknię za sobą, za tą osobą z ambicjami i planami na przyszłość. Oddałam całe swoje życie, by mąż mógł odnieść sukces i trochę go za to nienawidzę. Choć siebie chyba bardziej. Czasami po prostu wstyd mi, że zmarnowałam cały swój potencjał, ale nie powiem mu tego. Sama sobie wybrałam taki los, powinnam wiedzieć, na co się piszę.
Lorayne Odpowiedz

A ja myślę, że powinnaś mu o tym powiedzieć, wrócić do Polski i pójść na kurs doszkalający. On może wyjeżdżać sam. Ty i dzieci też macie prawo do swoich potrzeb.

Odpowiedzi (2)
Raz23babajagapatrzy Odpowiedz

Powinnaś porozmawiać z mężem, tak na poważnie. Już teraz, że go trochę nienawidzisz. A wyobraź sobie co będzie za parę lat?
Jesteś pewnie przed 40, więc ciągle masz czas, żeby coś z tym zrobić.
Skoro mąż taki mądry i oczytany, to zrozumie cię. A jak nie... to czy nie lepiej odejść i zająć się sobą? Piszesz, że i tak ciągle wyjeżdża, więc co tak naprawdę tracisz?
Życie jest jedno i szkoda czasu na bycie nieszczęśliwym.
Nie powinnaś siebie nienawidzić, zrobiłaś to co w tamtej chwili wydawało ci się słuszne.
Twój los wcale nie jest przesądzony. A jak to cię nie przekonuje to pomysł o dzieciach, które nie mają miejsca, które mogą nazwać dobą, nie mają szans nawiązać przyjaźni, czy pobyć z dziadkami. Pomysł o tym, i walcz. O siebie, i o dzieci.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (7)

#Pzb1l

Mój tato obudził mnie dzisiaj słowami "ile razy powtarzałem ci, żebyś nie golił się moją maszynką?" trzymając w ręku owo narzędzie zbrodni, całe obkłaczone. Szybko jednak zmienił zdanie i przeprosił - zobaczył, że jestem zarośnięty. Mieszka z nami jeszcze mama i moja 16-letnia siostra, więc powiedział, że z nimi "delikatnie porozmawia".

To ja goliłem się tą maszynką. Od jakiegoś czasu. Nie wiedziałem, że jest jego.
NaN Odpowiedz

To gdzie się goliłeś?

Odpowiedzi (5)
Frozen02 Odpowiedz

Fuu, skoro już "pożyczyłeś" to nie łaska było ją po sobie wyczyścić?

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (4)

#G2EJn

Mój brat jest 10 lat starszy ode mnie. Zawsze była to dla mnie kolosalna różnica wieku - sami rozumiecie, kiedy ja byłam na etapie klocków, mój brat wchodził w mistyczny czas dojrzewania. Były chwile, kiedy nie dogadywaliśmy się ani trochę - on miał dosyć młodszej siostry, którą trzeba było niańczyć, a ja widziałam w Tymonie wzór, każdą chwilę chciałam spędzać z nim. Z nim i z jego najlepszym przyjacielem, Danielem. Jest to przyjaźń z gatunku tych prawdziwych, znają się od dziecka, Daniel był traktowany jak członek rodziny, nasi rodzice się przyjaźnili.

Tymon i Daniel praktycznie w tym samym czasie znaleźli sobie stałe partnerki, rozpoczęli pracę, a ja wyjechałam na studia do stolicy. O ile Tymon się ustatkował, ożenił, wybudował dom, o tyle Daniel pozostaje z Natalią w narzeczeństwie i zajmuje się głównie swoją firmą informatyczną. Mieszkałam sama i czasem potrzebowałam pomocy z zaliczeniem niektórych przedmiotów (lub najzwyczajniej z usterkami w domu), Daniel, jako naprawdę dobry informatyk, co jakiś czas odwiedzał mnie i pomagał w zrobieniu tego wszystkiego. Czasem przyjeżdżał z Natalią, czasem z Tymonem i jego żoną (w tym czasie załatwiał też papierologię w urzędach dotyczącą firmy), a po zrobieniu wszystkiego szliśmy imprezować.

W któryś weekend wyszłam do pobliskiego pubu, zdana sesja, jest co opijać. Szukając wzrokiem wolnego stolika i przyjaciół spostrzegłam Daniela. Siedział sam sącząc piwo, zdziwiłam się, bo nie zapowiadał żadnej wizyty. Przysiadłam się, a on opowiedział, że najzwyczajniej ma doła, kryzys emocjonalny, wsiadł w samochód i przyjechał do ulubionego pubu w tej okolicy, właściwie sam nie wie po co. Postanowiłam, że nie ma co siedzieć na mieście. Zamówiłam jedzenie i poszliśmy do domu. Rozmawialiśmy na przeróżne tematy, ale przechodząc do sedna - Daniel wyznał mi, że boi się ożenić z Natalią, ponieważ... nie jest do końca taka jak ja.
Zatkało mnie, ale szczerze - on był dla mnie wzorem idealnego mężczyzny, taki zestaw cech, czarujący charakter mnie interesował w facetach. Dlatego miałam tylko jednego poważnego chłopaka w życiu.

Pewnie teraz myślicie, że rzuciliśmy się sobie w ramiona i żyliśmy długo i szczęśliwie. Niestety.

W tym wszystkim nawet nie chodzi o różnicę wieku - ja jestem po 20, on po 30 - takie związki istnieją... ale od małego wmawiano nam, że jesteśmy jak rodzina. Że Tymon i Daniel będą mnie bronić przed całym złem jako starsi bracia. Natalia nawet nie brała mnie pod uwagę jako jakieś "zagrożenie związku", wręcz przeciwnie, jako małą siostrę Daniela. Smutno mi, że to wszystko się tak potoczyło, bo... może jesteśmy sobie pisani? Jednak nie wiem, co powiedzieliby na to rodzice, Tymon.

Spędziliśmy resztę nocy rozmawiając o tym wszystkim, a rano dostałam buzi w czoło i pożegnanie. Jestem smutna, zła, ale jednocześnie wiem, że tak musi być.
Odpowiedz

Żeby rozwiać wątpliwości - studiuje informatykę dlatego pomoc Daniela była dla mnie wybawieniem, on sam nigdy nie zostawał u mnie noc, na imprezy chodziliśmy kiedy przyjechała cała ekipa.
Co do zakończenia - nie doszło między nami do żadnego zbliżenia. Za bardzo szanuję Natalię by zrobić jej coś takiego, Daniel z resztą też. Wydaję mi się, że rozmowa dała mu komfort psychiczny, nie było między nami chemii w tamtym momencie - tylko bezradność.

Odpowiedzi (3)
Lorayne Odpowiedz

Em, no wiesz co, skoro on boi się ożenić z Natalią to może powinien to przemyśleć i podjąć jakąś decyzję?
A co do związku to myślę że akurat rodzice chyba nie mieliby nic przeciwko, wręcz przeciwnie, pewnie by się cieszyli, że to ktoś kogo znają i komu ufają. Gorzej z bratem, ale myślę, że też do ogarnięcia.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (5)

#gBL60

Kiedyś podczas wizyty u internisty lekarz kazał  mi się rozebrać, aby móc mnie osłuchać. Nie wiedzieć czemu ściągnęłam spodnie... Po chwili zorientowałam się co zrobiłam. Mina lekarza była nieco dziwna.
Materialistka Odpowiedz

Ostatnio coraz większa ilośc osób na anonimowych zaczely irytować takie wyznania(wcale się nie dziwię) wpadłam na pomysł że może zamiast pod nimi narzekać podzielimy się swoimi chwilami z dnia dzisiejszego, ja np właśnie bigos wpievfdalam, lubicie?

Odpowiedzi (16)
derp Odpowiedz

Jeśli powiem pacjentowi, żeby się położył na plecach, to na 90% położy się na brzuchu. Jeśli jednak powiem po prostu, żeby się położył, to w 100% przypadków ułoży się właśnie na plecach. Magia!

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (1)

#eGK5W

Mając 6 lat zostałam siłą położona na ziemię przez chłopców w przedszkolu. Pamiętam, że zdjęli mi majtki oraz dokładnie obejrzeli moje części intymne. Płakałam, czułam ogromną bezsilność, straciłam głos na bodajże godzinę.
Sytuację zobaczyła jakaś pani, przerwała to, ale zapytała dlaczego nie wołałam kogoś na pomoc. Chciałam powiedzieć cokolwiek, ale nie miałam głosu. Ona spojrzała na mnie, kazała ubrać majtki i sobie poszła. Po dłuższym czasie opowiedziałam o tym mamie, usłyszałam tylko, że pewnie tego chciałam. 

Potem, gdy miałam 8 lat, trafiłam do szpitala. Na sali trafił się chłopiec, który w nocy wchodził mi pod kołdrę, zakrywał mi usta dłonią oraz symulował takie ruchy jakie wykonuje się przy stosunku. Bałam się powiedzieć o tym komukolwiek. 
Całe szczęście, że trafiła się jakaś nastolatka, która jako przypadkowy świadek jednego z tych zdarzeń postanowiła zainterweniować. Dzięki niej zrobili oddzielne sale dziewczynkom oraz chłopcom. 

Nie wiem tylko, dlaczego te wspomnienia nadal są tak silne. Szczególnie to pierwsze. A mam już 27 lat.
ZrytyMoherowyBeret Odpowiedz

Bo nikt Ci nie pomógł, nie wyjaśnił i Twoje emocje nie miały ujścia. Bardzo mi przykro, że Cię to spotkało i cały czas nie miałaś możliwości poradzenia sobie z tym. Spróbuj terapii, może to chociaż w jakimś stopniu Ci pomoże.

didja Odpowiedz

Idź na terapię, ale do kogoś, kto zna się na traumach, bo będzie się to wlokło za Tobą latami. Masz "w swoim ja" sześciolatkę, która została straumatyzowana seksualnie, i nie potrafiła wołać o pomoc werbalnie wtedy ani teraz (chociaż czujesz jej traumę, skoro to Cię wciąż męczy), a na dodatek po tym zdarzeniu doznała drugiej, podwójnej traumy: odrzuciła ją własna matka i uznała za dziwkę.
A to milczenie to mutyzm. Zapewne dysocjacyjny.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (4)

#A1nm4

Wpadłam ze znajomym.

Mam kolegę, którego poznałam na studiach - miły, zabawny, bardzo dobrze nam się gada, szybko złapaliśmy kontakt i nawet się zaprzyjaźniliśmy. Spotykaliśmy się czasem na piwo w większej lub mniejszej grupie, aż pewnego razu po - nie ukrywam - zakrapianej imprezie, przespaliśmy się ze sobą. Z racji że i ja i on byliśmy dosyć świeżo po rozstaniach (w dodatku po dosyć poważnych i długich związkach - ja 6 lat, on coś koło 4), to żadne z nas nie było gotowe na zobowiązania i uznaliśmy, że skoro nie umiemy wejść w związek, ale jest między nami "to coś", to możemy wejść w taką nieformalną relację pod tytułem "seks bez zobowiązań".
I wszystko by było pięknie, gdyby nie fakt, że raz zrobiliśmy to bez zabezpieczeń (wiem, głupota - nie mam nic na swoją obronę - popiliśmy, zabrakło gumek, uznaliśmy że YOLO). Skutkiem tej totalnej głupoty jest miesięczne już żyjątko w mojej macicy. Jeszcze mu nie powiedziałam, bo wiem, że od razu chcę mu zaproponować wpisanie w akt urodzenia "ojciec nieznany" - skoro nie byliśmy do tej pory gotowi na wejście w poważną relację, to głupotą byłoby zmuszać się do niej tylko ze względu na to dziecko. Wiem, że w pewien sposób skrzywdzę tę małą istotę, bo dziecko powinno mieć oboje rodziców, ale podejrzewam, że mogłoby być równie nieszczęśliwe mając za rodziców niedojrzałych emocjonalnie gówniarzy, którym się zachciało seksu bez zobowiązań. To, że on poniesie konsekwencje naszego błędu mi nijak nie ulży, a jemu pogorszy sytuację, więc chyba najlepsze rozwiązanie, to udawanie, że nie wiem kto jest ojcem.
Przeraża mnie tylko fakt organizacji życia.
1. Nie mam jeszcze pracy - bo studiuję.
2. Nie wiem, gdzie mam mieszkać. Wynajmuję pokój, ale będę go musiała opuścić, bo przecież współlokatorka musi mieć ciszę do nauki i niemowlak za ścianą jej na pewno przeszkodzi.
3. Nie wiem co na to powiedzą moi rodzice i czy mnie przygarną ponownie pod swój dach, dopóki nie urodzę, a niemowlak nie podrośnie na tyle, żebym mogła go odstawiać do żłobka na czas pracy - którą z resztą też nie wiem, jakim cudem znajdę, bo kto zatrudni samotną matkę na pełen etat na takie godziny, żeby mogła spokojnie zaprowadzać i odbierać dzieciaka do żłobka/przedszkola, a w razie choroby malucha będę jedyną osobą, która musi wziąć L4 i siedzieć w domu...
Za swoje błędy się płaci i słusznie, że mnie dopadły konsekwencje. Czasami jednak mam ochotę wynieść się na ulicę i sprawdzić jak długo przeżyję - nie byłabym w stanie zabić dziecka, które jest we mnie, bo miałabym wyrzuty sumienia, nie jestem chyba na tyle silna, żeby przyznać się rodzicom, żyć na ich utrzymaniu, a potem szukać pracy i wziąć wszystko to na siebie. Nie zabiję się, bo się boję. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to wyjść na ulicę, położyć się na ziemi i zamarznąć...
Jj0831 Odpowiedz

To co w Tobie rośnie to nie jest tylko Twój problem. Porozmawaj z apsztyfikantem na ten temat. Jeśli zgodził się na zabawę bez zabezpieczeń to też musi być odpowiedzialny za swoje czyny. Dalej będziesz wiedzieć na czym stoisz, a decyzja będzie wspólna, choć i tak do powiedzenia Ty masz najwięcej.

Odpowiedzi (1)
NaN Odpowiedz

I w takiej sytuacji powinna być aborcja.
Jak sama stwierdziłaś ani Ty ani Twój kolega nie jesteście gotowi na dziecko, w dodatku jesteś studentką i nie masz czasu na bycie matką. To była wpadka, nikt nie oczekiwał potomstwa. A płód który masz w sobie nawet jeszcze nie jest dzieckiem, nie ma ukształtowanego ciała, nawet jeszcze nie żyje i nie wie że istnieje. Gdybyś dokonała aborcji to wszystkie problemy by się rozwiązały i nie byłoby tej dramatycznej sytuacji

Odpowiedzi (19)
Zobacz więcej komentarzy (17)

#u5hHZ

Jestem uzależniona od wysokiego poziomu stresu.

Brzmi głupio i dziwnie, ale tak jest. Od zawsze chodziłam zestresowana - najpierw nakręcali rodzice, a potem już samo poszło, bo z wiekiem wcale nie było łatwiej. Skończyło się to wieloletnią nerwicą, która nieleczona doprowadziła do dość poważnych objawów fizycznych. Niestety leczenie, jakie wchodzi w grę, to tylko objawowe, plus oczywiście ograniczenie stresu w życiu.

Zgodnie z zaleceniami lekarza łykałam tabletki, polubiłam popijać melisę w kryzysowych sytuacjach, zaczęłam też analizować, czy czymś powinnam się przejąć, zanim na dobre rozkręciłam spiralę nerwów. Pomagało, nie eliminowało problemów, ale za to mogłam przejść nad nimi szybciej do porządku dziennego, bez rozpamiętywania, wymyślania ciętych ripost i stu planów, jak wszystko może się bardziej rozłożyć.

Właśnie, to ostatnie pomagało, ale bardzo krótko... Szybko okazało się, że jeśli w ciągu dnia mój organizm nie otrzyma odpowiedniej dawki stresorów, to radzi sobie sam - w nocy śniły mi się takie skuteczne bzdury, że po przebudzeniu nadal byłam nakręcona i trzymało mnie to najbliższe pół dnia.

Czy to kwalifikuje się na odwyk?
innanitka Odpowiedz

Podczas stresu wydziela się pewien "koktajl" hormonalny - adrenalina, noradrenalina, kortyzol, który potrafi uzależnić jak narkotyki (mówi się o uzależnionych od adrenaliny, co jak nie skaczą na bungee, to ścigają się łodziami motorowymi, tudzież zdobywają K2 zimą). Zatem, odpowiadając na Twoje pytanie: tak, powinnaś coś z tym zrobić, bo to Cię w końcu zniszczy, spali.

tramwajowe Odpowiedz

Są badania które mówią, że poziom kortyzolu ustala się w pierwszych 4 miesiącach życia. Jeśli wtedy niemowlak jest narażony na wielki stres to taka 'norma' będzie zaprogramowana w organizmie i zawsze będzie do tej normy dążyć. Nie wiem czy można to nazwać uzależnieniem. Ale na pewno można próbować leczyć.

Zobacz więcej komentarzy (1)
Dodaj anonimowe wyznanie