#gtJJP

O tym, jak rodzice sami zabijają kontakt z własnym dzieckiem.

Gdy byłam mała, matka miała dwa standardowe typy odpowiedzi na prawie wszystko, co mówię. Albo coś w stylu "Co ty gadasz?", "Nie wymyślaj", "Nie filozofuj" i uśmieszek, albo (gdy powiedziałam coś w miarę mądrego) "Kto ci to powiedział?!". Było to wręcz krzyczane, tonem, jakbym zrobiła coś złego/dziwnego.
Podobnie jak opowiadałam o jakichś wydarzeniach, to zawsze były przytyki, bo coś mogłam zrobić inaczej, coś innego powiedzieć, mój znajomy też by mógł być inny, itd.

Wydźwięk tego był taki, że jeśli sama coś wymyślam/robię, to jest to głupie/złe/dziwne/śmieszne, a jeśli jednak takie nie jest, to znaczy, że "ktoś mi nagadał" i powtarzam.

Jak to na mnie wpłynęło? Przestałam rodzicom cokolwiek opowiadać, bo zawsze była krytyka. Starałam się jak najprościej, najszybciej zakończyć rozmowę. Jak w szkole? Dobrze. Co u koleżanki? W porządku.

Jednak takie traktowanie siada trochę na mózg, mimo że może się to wydawać pierdołą. Jest różnica, gdy doświadczy się tego raz, a gdy doświadcza się całe życie, od małego dziecka, w domu rodzinnym. Dlatego wpłynęło to też na moją samoocenę i pewność siebie - w sytuacjach społecznych bałam się, że powiem coś dziwnego, głupiego, bo przecież tylko tak potrafię, przecież jestem głupia. Więc mówiłam coraz mniej i wycofywałam się coraz bardziej, bałam się zgłaszać na lekcji i inicjować jakiekolwiek aktywności, bo przecież na pewno to głupie, ośmieszę się tylko, ludzie źle na to spojrzą.

Później byłam też krytykowana, że na rodzinnych imprezach siedzę przy stole i nic nie mówię - powinnam być fajna i rozbawiać towarzystwo.

Nieśmiałość, fobia społeczna, niska samoocena itd. często mogą mieć źródło w domu rodzinnym.

Obecnie jestem dorosła, nie utrzymuję już kontaktu z rodzicami. Powodów jest dużo więcej, ale o tym może w innych wyznaniach :)
miekkamynia Odpowiedz

Znam to. Ja też nie lubię rozmawiać z rodzicami, szczególnie z mamą, bo boję się, że powiem coś nie tak, zostanę wyśmiana, skrytykowana, że zostanę zalana lawiną głupich pytań z cyklu "a po co?", albo zwyczajnie podsumowana, że to wszystko "głupoty". A mam 30 lat. I potem pretensje, że "czemu z nimi nie rozmawiam, czemu im o niczym nie mówię".

anka89100 Odpowiedz

Ja jak się odezwałam bez pytania na jakiś temat albo powiedziałam coś po prostu przy kimś, to mama zawsze się wtedy na mnie patrzyła wzrokiem mówiącym "Po co się odzywasz? Bądź cicho." Dlatego kiedy gdzieś z nią byłam, nie odzywałam się, siedziałam cicho. Bez niej mogłam normalnie mówić, nie czułam tego dziwnego strachu.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (13)

#3Pqy3

Mój wpis będzie chyba nieco inny, od panującej tutaj konwencji. Nie lubię się użalać nad sobą, pomimo że też mam problemy. Ale mimo wszystko moja historia ma happy end.

Od dziecka miałem poczucie bycia kimś gorszym. Myślę, że częściowo wynikało to z mojej niepełnosprawności (poważne problemy ze wzrokiem). Częściowo jednak także z tego, że nikt nie nauczył mnie wiary w swoje siły. Przeciwnie, przez większość dzieciństwa byłem pod wpływem człowieka, który zniszczył moją samoocenę - mojego ojca. Cały czas słyszałem od niego, że jestem groszy od moich rówieśników, że chodzę do gorszej szkoły (którą sam mi wybrał), że musi się mnie wstydzić, że jestem zbyt słaby, by jakakolwiek kobieta chciała się ze mną związać. Mam siostrę, która zerwała z nim kontakt praktycznie po tym, jak wyjechała na studia. Ja mając 30 na karku zazdrościłem jej tego, bo sam nie byłem w stanie się od niego uniezależnić.  Przez wiele lat moim jedynym oparciem była mama - odeszła, kiedy miałam 30 lat. Wtedy pojawiły się też inne problemy.

Skończyłem studia, ale przez 2 lata nie mogłem znaleźć pracy w swoim zawodzie, a w związku z niepełnosprawnością miałem liczne przeciwwskazania medyczne. Kiedy udało mi się znaleźć pracę, przez 3 lata radziłem sobie zawodowo całkiem nieźle. W międzyczasie skończyłem studia podyplomowe, związałem się z kobietą. Wszystko załamało się, jak miałem 30 lat. Zmarła moja mama, straciłem pracę, a moja kobieta wybrała kogoś innego. Pomimo mojego doświadczenia przez parę miesięcy nie mogłem znaleźć innego zatrudnienia.

Pewnego wieczora po nieudanej rozmowie kwalifikacyjnej usłyszałem od mojego ojca, że zawszę będę nieudacznikiem, i zawszę będę „nikim”. To była nasza ostatnia rozmowa. Następnego dnia jak tylko wyszedł do pracy spakowałem swoje rzeczy i zostawiłem kartkę na stole, żeby mnie nie szukał. Wyjechałem najpierw do siostry, która mieszkała w większym mieście. Pracę znalazłem po 2 miesiącach, znacznie poniżej moich kwalifikacji. Przez parę lat pracowałem jak głupi po 10 godzin dziennie. Parę razy ją zmieniałem, za każdym razem na lepszą. Na związki z kobietami nie miałem po prostu czasu. Izolacja od ojca bardzo mi pomogła, bo po psychoterapii moja samoocena bardzo poprawiła się.

Dlaczego piszę to wszystko teraz? Niedawno stało się coś, co uznałem za pewną cenzurę czasową w moim życiu - zostałem wspólnikiem dużej firmy. Nie tylko pracuję w swoim zawodzie, ale finansowo radzę sobie całkiem nieźle. Jaka była moja pierwsza myśl tego dnia? Telefon do ojca. Powiedzieć mu co osiągnąłem, że chyba już nie musi się mnie wstydzić, i chyba jednak nie jestem „nikim”. Ale przecież ja nie wiem, czy on w ogóle jeszcze żyje. Ani ja, ani moja siostra, nie utrzymujemy z nim kontaktu. Na przestrzeni ostatnich tygodni już parę razy brałem telefon do ręki, żeby zadzwonić. Ale bałem się, że jeśli odnowię kontakt z nim, wróci ten stary ja, który nie wierzy w swoje możliwości.
Whiteknight Odpowiedz

Chcesz, żeby Cię o alimenty pozwał?

Odpowiedzi (5)
Astrazon Odpowiedz

Słuchaj, jak przez 30 lat wierzył w to, że jesteś "nikim", to nawet jak mu zaczniesz udowadniać, że tak nie jest, to to może nic nie dać. Niektórzy ludzie się nie zmieniają. Jak nigdy nie potrafił dostrzec w Tobie jakichkolwiek pozytywów, to prawdopodobnie i teraz nie dostrzeże, tylko będzie szukać dziury w całym. Nie jestem też pewien, czy po psychoterapii, twoja samoocena się, aż tak poprawiła, skoro chcesz mu coś udowadniać. W swoim życiu nie musimy nikomu udowadniać, że jesteśmy coś warci, sami powinniśmy to wiedzieć i nie uzależniać się od opinii innych.
Wiem, że to jest przykre - nie wiedzieć czy własny rodzic nawet żyje. Ale uwierz mi, że czasami tak jest lepiej, niż odnawiać toksyczną relację i później się znowu z niej uwalniać.

Zobacz więcej komentarzy (13)

#kJcTJ

Zawsze dbałam o higienę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Myję i myłam się codziennie, włosy oczywiście szamponem. Zęby od dwóch do pięciu razy dziennie.

Jakoś w 5-6 klasie wyzywałam się z kolegą (chyba trochę na żarty) tekstami typu: "pijesz herbatę z wody po pierogach", "nie czytasz książek" itd. On wykrzyknął do mnie:
"Nie myjesz się mydłem!".

Hm... Istotnie tak było. Myłam się codziennie, ale bez mydła (chociaż włosy zawsze szamponem - taki brak analogii ;)). Od tamtej pory używam mydła/żelu. Nikt nie wie, że ten głupi tekst uświadomił mi, że jestem kryptobrudasem.
mroofkojad Odpowiedz

Jak od ciebie nie śmierdziało to nie byłaś brudasem. Jeśli nie pracujesz w kopalni, nie masz problemów z nadmiernym potem, itp to nie trzeba się codziennie szorować niewiadomo jak intensywnie.

lilsleep Odpowiedz

Mycie zębów 5 razy dziennie?? Szok, że zostało ci jakiekolwiek szkliwo do tej pory

Odpowiedzi (6)
Zobacz więcej komentarzy (6)

#fxIgD

Opowiem wam historię pewnego małżeństwa. Powiedzmy Ania i Janusz. Poznałam ich ponad 10 lat temu. Pamiętam, że nie polubiłam Janusza, był on bardzo ponury i gburowaty, w przeciwieństwie do jego nowo poślubionej żony Ani, która sprawiała wrażenie bardzo miłej i sympatycznej dziewczyny. Zawsze zastanawiałam się, co taka fajna dziewczyna robi z takim prostakiem. No, ale nic. Przeskakujemy kilka lat do przodu i wieść po całej wsi się rozchodzi, że Ani i Januszowi urodziło się dziecko. Janusz wyprawił bardzo huczne chrzciny swojej córki, wręcz sprawiało to wrażenie robienia tego bardzo na pokaz.

I wszystko było dobrze, do czasu, aż jakiś miesiąc później gruchnęła wiadomość o tym, że córka Janusza... nie jest jego córką. Okazało się, że Ania od jakiegoś roku lub więcej ma romans z innym mężczyzną z sąsiedniej wsi i to dziecko jest jego. Janusz o tym wszystkim wiedział i kiedy jego żona zaszła w ciążę, postanowił się z nią mimo wszystko nie rozstawać. Uzgodnili, że ona zakończy swój romans, a dziecko wychowają wspólnie i w urzędzie wpiszą, że to Janusz jest ojcem. I tak zrobili, jednak po kilku miesiącach od tego, jak wiadomość się rozeszła, Ania zostawiła Janusza, zabrała dziecko i uciekła do kochanka (okazało się, że wcale nie zakończyła romansu i cały czas się z nim spotykała). Wniosła pozew o rozwód i alimenty. Zamieszkała z kochankiem, a jej mąż musiał płacić alimenty na jego dziecko. Jakieś 2 lata temu się rozwiedli.

A teraz coś o tamtym facecie. Jej kochanek ma teraz ok. 40 lat, nigdy w życiu nie splamił się żadną pracą. Sporadycznie tylko łapie się jakiś dorywczych prac na czarno. Mieszka nadal z matką w jednym domu i ma troje dzieci z trzema różnymi kobietami (co ciekawe, wszystkie to mężatki). Z jedną z kobiet romansował w tym samym czasie co z Anią i ich dzieci urodziły się w tym samym roku.
Ani widocznie to nie przeszkadza, bo nadal z nim mieszka. Ona utrzymuje ich wszystkich, bo on nie pracuje i opowiadała kiedyś, że chce wziąć z nim ślub.

Szkoda mi tylko Janusza.
jprdl Odpowiedz

Biedny Janusz

SzafaPelnaKicksow Odpowiedz

A co cię ich życie obchodzi? Ani odpowiada chłop? Odpowiada. Nikomu nic do tego a ty jesteś wredna, że tak obgadujesz ludzi

Odpowiedzi (10)
Zobacz więcej komentarzy (27)

#52lkb

Moja siostra zawsze była cwana, pracowała... (he, he) w korporacji odpowiedzialnej za fundusze UE, często na zjazdach rodzinnych przechwalała się jak roluje przełożonych na L4 czy dodatkach albo wręcz jest upierdliwcem, żeby tylko wyjść na swoje. Kłamie w robocie, podbiera zlecenia etc., jest typową korpo mendą. Ja zaś pracuję w pewnym banku w dziale inwestycji. Los chciał, że się nasze firmy i działy zetknęły. Siostra od razu próbowała mnie ustawić sobie tak, aby jej wyniki były super, bo awans  by miała wręcz gwarantowany. Postanowiłem jej utrzeć nosa, ale trochę poszło za daleko nie z mojej winy.

Przy rozpisywaniu przetargów na wykup aktywów jakiejś firmy stalowej chciała, abym ustawił wszystko pod jej kontrahenta (co jest karalne), oczywiście tego nie zrobiłem. Może i jestem głupi, ale za to rzetelny i nie sram tam gdzie jem.

Siostra na pewniaka poszła do zarządu, że wszystko nagrane, a ci durnie wpakowali ogromną kasę w przetarg, którego i tak nie mogli wygrać. Po ogłoszeniu z ryjem do mnie przyjechała, że jestem draniem (wszystkie słowa jakich użyła to łacina) i że mam to odkręcić. W moim znowu zarządzie przedstawiłem jej osobę i o co jej chodzi zgodnie z prawdą. Utopili tamtą firmę, że być może zwinie żagle za nielegalne praktyki z Polski.

Siora straciła robotę i dostała tzw. czerwoną notę - w żadnym korpo o amerykańskim kapitale nie znajdzie pracy.

Teraz pisze do mnie na messengerze, że mam jej oddać kasę za psychologa, bo ma nerwicę, i w dodatku nabawiła się kamieni nerkowych. Właśnie dodaję ją do zbanowanych, a rodzinie wysłałem streszczenie z dowodami, jakim ona jest pasożytem. Zawsze to jej pomagali, jej dom wybudowała moja rodzina, tak żebrała. Ciągle tylko brała i brała, ale kiedy mama zachorowała na raka trzustki, nie była w szpitalu ani razu, gdy ja byłem prawie całą dobę, nawet kredyty pobrałem na leczenie, sprzedałem mojego ukochanego ATV i wiele innych rzeczy. Niestety mama zmarła, a pieniędzy nie wystarczyło mi nawet już na stypę i pogrzeb. Wtedy wielmożna siostra pojawiła się cała na biało, że za pogrzeb zapłaci i cała rodzina ją wielbiła, a ja wyszedłem na sknerusa. K.wa, ja nawet nie płaciłem rachunków na czas, bo na mamę łożyłem co tylko mogłem. Taki debil ze mnie.

Nie żal mi siostry, niech ginie.
PrawieTakSamo Odpowiedz

Dobrze zrobiłeś, ale to tylko moje zdanie.

KoorahDomovah Odpowiedz

A czy to przypadkiem nie jest konflikt interesów, że pracowałeś przy przetargu, w którym startowała firma Twojej siostry? Chyba powinieneś był powiadomić pracodawcę o tym i w ogóle powinieneś był być odsunięty od tego projektu...

Odpowiedzi (5)
Zobacz więcej komentarzy (7)

#5EzjX

Siedzimy sobie z mamą w pokoju i oglądamy telewizję. Nagle dzwonek do drzwi, mama idzie sprawdzić przez wizjer, któż to się do nas dobija. Ledwo zobaczyła, syknęła na mnie, żebym szybko zgasił telewizor i się nie odzywał. Zaciekawiony podszedłem do drzwi i przez "judasza" zobaczyłem dwóch ministrantów, na oko w wieku wczesnej podstawówki. Sterczymy tak sobie w milczeniu jakiś czas (co było trochę absurdalne, moim zdaniem można by ich po prostu odprawić, ale matka zawsze woli udawać, że nas nie ma w domu), aż nagle słyszymy taką oto rozmowę:
- Tu chyba nikogo nie ma.
- Nie, są, słyszałem włączony telewizor i kroki, dopiero potem wszystko ucichło. Dlaczego nie mogą po prostu otworzyć i powiedzieć, że nie przyjmą księdza? Naprawdę myślą, że my nie zdajemy sobie sprawy, że udają, że ich nie ma w domu? Dojrzałość na poziomie dzieci z przedszkola normalnie...

Po usłyszeniu końcówki dostałem takiego ataku śmiechu, że matka dała mi szlaban na komputer na tydzień. Co w tym anonimowego? No chyba to, że nie mogę nikomu o tym opowiedzieć, bo zagroziła mi, że jeśli tylko komuś o tym wspomnę, przedłuży mi zakaz o pół roku. Nie wiem już, co jest bardziej absurdalne: jej zachowanie podczas kolędy czy powód mojej kary.
rickandlori Odpowiedz

O, chłopie, masz przerąbane u Grazki.

Odpowiedzi (1)
Suszepranie Odpowiedz

Zastanawia mnie co takiego trudnego jest w wypowiedzeniu zdania „Nie, dziękuję, nie chcę przyjmować księdza”.

Odpowiedzi (13)
Zobacz więcej komentarzy (8)

#gq2rB

Ostatnio znalazłem świnkę morską na śmietniku. Była wsadzona do kartonu, więc zauważyłem ją od razu. Zabrałem biedactwo do domu i nagle stałem się bohaterem w rodzinie. Rodzice byli ze mnie dumni za uratowanie zwierzaka i zgodnie stwierdzili, że Lumpek zostaje z nami. Wujek kupił mi dla niej klatkę, a dziadkowie dołożyli się do wyprawki. Lumpek ma się dobrze, a ja jestem szczęśliwy. Co w tym anonimowego?

Moi rodzice nigdy nie pozwalali mi na zwierzaka. W akcie desperacji odkupiłem spasionego Lumpa na olx od jakiejś madki, której to dziecko znudziło się zabawką. Sam wsadziłem świnię do kartonu i udawałem, że ją znalazłem, nie kryjąc oburzenia.
Sam nawet nie sądziłem, że to kłamstwo się przyjmie.

Mam 19 lat.
NaN Odpowiedz

No cóż, rodzina dumna z syna, Ty zadowolony bo marzenie spełnione. No i świnka też szczęśliwa, pewnie się nad nią znęcał jakiś gruby dzieciak xD

Odpowiedzi (2)
maxiorek Odpowiedz

Ja tak samo swojego psa "znalazłam". Nawet rozniosło się to do tego stopnia po osiedlu, że w czasie spacerów spotykałam osoby, które mówiły, że słyszały, że mój pies to znajda.

Zobacz więcej komentarzy (11)

#cC7ak

Zacznę od tego, że jestem audiofilem (miałem robione "ślepe testy", które potwierdzają to, że posiadam znacznie bardziej wyostrzony i dokładny słuch), ale też nie mówię tego na lewo i prawo, nie kolekcjonuję drogiego sprzętu oraz nie narzekam wszystkim na jakość dźwięku wszędzie wokół. Ot, prosty ze mnie człowiek z bardzo dobrym słuchem. Jedyne co łączy mnie z byciem audiofilem (poza dobrym słuchem) jest to, że dużo czytam o dźwięku, nagłośnieniu i po prostu bardzo dużo wiem z dziedziny nagłośnienia. W ten sposób trafiłem na konkurs, gdzie do wygrania była zniżka na naprawdę dobre słuchawki ze wzmacniaczem - najwyższa półka i olbrzymia cena.

Konkurs udało mi się wygrać. Kupon ważny był rok i w tym czasie odłożyłem resztę pieniędzy. Trzymałem je w swoim pokoju wpięte tymczasowo do komputera z braku lepszego sprzętu do odtwarzania muzyki (na ten wciąż odkładam pieniądze). I pewnego dnia pojawiła się u mnie w domu koleżanka mamy z 10-letnim dzieckiem. Wychodziłem z domu i na prośbę mojej mamy puściłem dzieciakowi jakąś grę na komputerze. Słuchawki z całym sprzętem schowałem do schowka zamkniętego na klucz.

Po kilku godzinach gości nie było. Wróciłem do domu. Komputer wyłączony, mama twierdzi, że wszystko w porządku. Nie było.. Klucz do kłódki jest w dwóch kopiach - jeden mam przy sobie. Drugi ma w razie czego ojciec. Mama go użyła, żeby dać dzieciakowi słuchawki, bo od głośników z monitora bolały je uszy i nie mogły spokojnie rozmawiać. Oczywiście słuchawki uległy zniszczeniu. Przycisnąłem mamę do ściany i wszystko mi opowiedziała. Wiedząc, co będzie się działo, potajemnie nagrałem to co mi zeznała. Najpierw upomniałem się o pieniądze, bo słuchawki można naprawić, ale tylko w autoryzowanym serwisie za koszt, który znacznie przekracza moje możliwości. Oczywiście usłyszałem odmowę. Więc pozwałem matkę chłopca do sądu.

Sprawę wygrałem, słuchawki w serwisie. Na osiedlu uchodzę za nadętego bogacza, który nie ma szacunku dla starszych. Rodzice nie komentują, bo wiedzą, że częściowo to ich wina. A ja zabezpieczenia wzmocniłem przed kolejnym takim incydentem.

Możliwe, że pojawią się oskarżenia o hipokryzję, gdyż twierdziłem, że nie zbieram drogiego sprzętu - to prawda, nie zbieram. Na słuchawki odkładałem z nadwyżki pieniędzy, a gdybym nie uzbierał, to miałem zamiar kupon wymienić na coś innego. Nie odejmowałem sobie chleba od ust dla kawałka metalu.
Anonimus85 Odpowiedz

I bardzo dobrze. Niech się współwinni dzielą kosztami. Nie bez powodu było zamknięte.

Odpowiedzi (2)
miekkamynia Odpowiedz

Brawo, autorze.

Zobacz więcej komentarzy (18)

#fbIrx

Prezentowane tutaj historie z harcerstwa to takie raczej pogodne opowiastki o przygodach dzieciaków na obozie. Moja historia jest z okresu, kiedy byłem harcerzem starszym (tak, tacy się jeszcze uchowali). Kiedy sobie o niej przypomnę, jeszcze dziś czuję wstyd, mimo że tak naprawdę nie zrobiłem nic złego. Nikomu też o niej nie powiedziałem, zaraz zrozumiecie dlaczego.

Do spotkania w komendzie hufca miałem jeszcze trochę czasu, więc postanowiłem pójść na pizzę. Zjadłem kilka kawałków takiej bardzo ostrej i po drodze poczułem, że muszę natychmiast do toalety. Wchodząc do komendy modliłem się w duchu, żeby nikt mnie nie zatrzymał i nie zagadał. Sytuacja mogła za chwilę wymknąć się spod kontroli. W biegu rozpinałem guziki rozporka, w drzwiach męskiej toalety opuściłem spodnie do kolan, otwieram kabinę, a tam... ukrył się jakiś harcerz z papierosem (wiadomo, harcerz nie pali). Mało nie zemdlał z przerażenia, bo myślał, że za chwilę zaatakuje go jakiś zwyrol.

Na szczęście nigdy więcej się nie spotkaliśmy.
Aelin Odpowiedz

To kto wyszedł pierwszy - krecik, ty czy kolega z papierosem?

Skrzat Odpowiedz

Po tym na pewno nauczył się zamykać drzwi 😂

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (5)

#jrnqJ

Mam 24 lata i jestem emocjonalnym dzieckiem. Boję się dorosłości i bronię się przed nią rękami i nogami. Nie chodzi o to, że jestem życiową ofiarą - pracuję, radzę sobie, nie mam wyjścia. Od dwóch lat jestem w związku z 8 lat starszym mężczyzną. Do tej pory dziwię się, co on we mnie zobaczył - jesteśmy różni, ale dobrze się dogadujemy, chociaż ostatnio z tym gorzej.

Otóż mój facet nalega na to, żebyśmy ze sobą zamieszkali. Dla mnie to zdecydowanie za szybko, uważam, że mamy na to jeszcze dużo czasu. Poza tym jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - przeraża mnie perspektywa takiego dorosłego życia z partnerem, dzielenia się obowiązkami i bycia ze sobą przez większość czasu. Wolę jak jest tak jak teraz, chociaż najchętniej cały czas mieszkałabym ze swoimi rodzicami. Oni niestety kilka lat temu wyjechali za granicę, a ja strasznie za nimi tęsknię. Bywają takie dni, że potrafię przeleżeć pół dnia w łóżku i płakać z tęsknoty. Kocham mojego faceta, ale z drugiej strony mam wrażenie, że jestem za młoda na związek, zobowiązania, poważne sprawy. Chciałabym wstać rano, zjeść śniadanie, spakować się i iść do szkoły, a po południu wrócić do domu, zjeść obiad, odrobić lekcje i spędzić wieczór z rodzicami. Nie cieszy mnie dorosłość, samodzielność, niezależność. Uważam, że to przekleństwo. Moje hobby to jazda na desce, granie na PS, kolekcjonowanie komiksów. Nie interesuję się polityką, finansami, gospodarką. Mam w nosie to, że wszystko drożeje (na tyle dobrze zarabiam, że spokojnie żyję sobie na przeciętnym poziomie). Kiedy mój facet zaczyna snuć plany na przyszłość, mnie od razu boli głowa i robi mi się niedobrze. Mówi, że chciałby wziąć ze mną ślub i mieć dzieci. Jak sobie pomyślę, że miałabym zostać matką, to robi mi się słabo, bo nie traktuję siebie jak kobiety, tylko jak dziecko.

Najchętniej cofnęłabym czas i zatrzymała go w miejscu, żeby już do końca życia zostać małą dziewczynką, za którą ktoś jest odpowiedzialny. Nie znam nikogo, kto miałby tak jak ja. Moi rówieśnicy ekscytują się wyprowadzkami z domu, biorą śluby, rodzą dzieci. Ja tak nie chcę. Coraz częściej mam czarne myśli, przeszło mi także przez myśl, żeby zacząć udawać chorobę i ściągnąć moich rodziców do Polski, wtedy byłabym najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
gitarzystka Odpowiedz

Dla mnie to brzmi jak najwyższy czas, żeby udać się po pomoc do psychologa.

Odpowiedzi (5)
Iguana69 Odpowiedz

Eeee ale skoro tak chcesz to o co kaman? To se tak żyj! U mnie tez wszyscy się dziwią. Mam mieszkanie które wynajmuje. Mój mąż mieszka w swoim od 10lat a ja z rodzicami. Zarabiam świetnie. Z mężem spotykamy się jak para- w wolnym czasie. A wszystkie pieniądze przeznaczamy na wyjazdy i luksusowe rzeczy. Dzieci nie zamierzamy mieć. Nie kłócimy sie kompletnie. W ogóle, czaisz? Bo ludzie nie. I tak głęboko mam W tyłku opinie innych znudzonych swoim życiem nieudaczników ze Szok. Jak tylko wchodzą na ten temat to pytam się czy ja im mówię jak maja żyć? Ze po cholerę im stado dzieci skoro nie maja pieniędzy na nie? Po co brali ślub skoro teraz się tylko kłócą? Szybko mordy zamykają. Naucz się ze nikt, absolutnie NIKT nie ma prawa mówić Ci jak masz żyć. Niech się zajmą sobą. Dopóki nikogo nie krzywdzisz to żyj sobie jak chcesz. A do reszty: kij wam do tego jak żyją inni! Nikt nie musi żyć wg waszych standardów. Powiedz chłopakowi jak chcesz żyć. I albo akceptuje albo niech szuka innej.

Odpowiedzi (11)
Zobacz więcej komentarzy (25)
Dodaj anonimowe wyznanie