#KBqe4

Opowieść, która powinna być przestrogą dla wszystkich facetów.

Mam 18 lat i od zawsze marzyłem o byciu żołnierzem, służeniu ojczyźnie, nie wyobrażałem sobie siebie w przyszłości inaczej niż w mundurze. Do wojska trzeba przejść serię testów. Więc w poniedziałek odbyły się testy psychologiczne, zaliczyłem, i następnego dnia o 7:30 miałem stawić się na rejonowej wojskowej komisji lekarskiej. Komisja ta wygląda mniej więcej tak, że na starcie w sekretariacie kliniki dostaje się obiegówkę, którą trzeba wypełnić. Od razu się za to zabrałem, poszedłem do laboratorium na badanie krwi i moczu, zaliczyłem wszystkich lekarzy po kolei i byłem szczęśliwy jak nigdy, kiedy zdałem sobie sprawę, że został tylko urolog, a przecież to tylko formalność, bo przecież co może być nie tak? No właśnie... Po wejściu do gabinetu szybki wywiad i USG. Wszystko wskazywało na to, że drzwi do zawodowej służby wojskowej stoją przede mną otworem, aż do momentu, w którym lekarzowi zrzedła mina i pocmokał znacząco. Zapytałem, czy coś jest nie tak, a w odpowiedzi usłyszałem, że zauważył jakieś nieprawidłowości i całkiem prawdopodobne, że są to zmiany nowotworowe i zlecił dodatkowe badania. Dziś jest piątek, a ja mam raka jąder.

Panowie, badajcie swoje jajka tak często jak tylko możecie! Panie, badajcie jajka swoich Panów, bo może się okazać, że nic nie jest tak w porządku, jak mogłoby się wydawać.

#8NVKc

Na anonimowych pojawiło się parę wyznań o anoreksji itp. Ja na żadną z tych okropnych chorób nie choruję, ale moja mama tak.

Od dziecka pamiętam, że moja rodzicielka jadła inne rzeczy niż ja i tata. Mama miała własną półkę w lodówce, która była nietykalna. Mama nigdy nie spróbowała tortu urodzinowego. Kiedy razem z tatą zamawialiśmy pizzę, ona uciekała do sypialni z jakimś owocem. Ćwiczyła 2, czasem 3 razy dziennie. Nie chodziła do pracy, a tata zarabiał całkiem dobre pieniądze, więc nie było problemu. W wieku 7-8 lat zauważyłam, że coś z moją rodzicielką jest nie tak. Inne mamy gotowały pierożki, piekły ciasteczka, a moja? Nawet podczas obiadu jadła inne rzeczy niż ja i tata. To na ojca spadły wszystkie obowiązki gotowania, przygotowywania drugiego śniadania do szkoły. W tym wieku zauważyłam również, że ona wcale nie jest szczupła, tylko po prostu chuda. Przeraźliwie chuda.

Niedługo potem po raz pierwszy trafiła do szpitala. Pamiętam, że odwiedziłam ją raz. Wokół oddziału chodziły dosłownie cienie ludzi. Jako mała dziewczynka nie rozumiałam na co oni chorują, a mama przekonywała mnie, że ci wszyscy ludzie mieli wycinane migdałki. I tak następne lata były w sumie bez zmian. Ja na śniadanie jadłam kanapkę z nutellą, a mama jakąś smętną owsiankę z jedną truskawką.
Gdy miałam 11 lat, sytuacja rodzicielki się pogorszyła. Od tamtego momentu zabroniła tacie kupować wszystkich niezdrowych produktów, włącznie z mięsem. Chipsy, parówki, szyneczka odeszły w zapomnienie. Nawet zdrowe ryby, jak łosoś, były zakazane.
Raz razem z moją starszą koleżanką upiekłyśmy ciasteczka. Ale byłam z nich wtedy dumna! Niestety mama nawet się nie poczęstowała, a efekt naszej trudnej pracy wylądował w koszu. W wieku 12-13 lat zaczęłam dojrzewać, co również wiązało się ze wzrostem wagi. Nie przejmowałam się tym, a raczej byłam dumna, że wyglądam dojrzalej niż moje koleżanki. Niestety mamie oczywiście mój wygląd nie pasował. Postanowiła mnie zmienić. I tak zaczęły się diety, a raczej głodówki. W wieku, gdzie dziecko potrzebuje najwięcej energii, jadłam poniżej 1000 kalorii. Parę miesięcy później moja rodzicielka mogła być dumna z efektów głodzenia mnie. Miałam sporą niedowagę, a w oczach mamy byłam idealna.

Pewnego razu szkolna pielęgniarka zadzwoniła do taty z informacją, że moja waga jest zdecydowanie za mała, a sama przynoszę do szkoły bardzo małe posiłki. Podejrzewała mnie o anoreksję. Razem z ojcem i szkolnym pedagogiem długo o tym rozmawialiśmy. Ja przekonywałam ich, że jestem zdrowa (kryłam jednocześnie mamę). Ostatecznie pedagog zrobiła test. Dała mi batonika i kazała go zjeść. Powiem wam szczerze, że jeszcze nigdy zwykły "Grzesiek" mi tak nie smakował.
 Kończą się znaki, o tym, jak mama w końcu "wyzdrowiała" napiszę innym razem. Ja pomimo że nie mam tej choroby, nadal mam problemy z normalnym jedzeniem.

#NOErl

Wyobraźcie sobie pewnego siebie faceta, przystojnego, chodzącego na siłkę, pozytywnego, wszyscy go lubią, każdy chce przebywać w jego towarzystwie, zarabia kupę kasy, bo potrafi zjednać sobie ludzi, jest odważny i entuzjastyczny. Działa jak nakręcony, po wyczerpującej pracy jedzie 100 km na dużą imprezę. Nie musi zagadywać, ludzie garną się do niego, nawet dziewczyna DJ-a na scenie chce od niego nr telefonu.
A teraz zwizualizujcie sobie kogoś niepewnego, wstydzącego się każdego ruchu, smutnego lub niemiłego, wszyscy od niego stronią, nie ma przyjaciół, trudno mu się myśli i jest zdołowany, więc ledwo utrzymuje się w pracy, dużo śpi i nie ma siły, tyje i gardzi sobą.
A teraz zrozumcie, że to ta sama osoba, która jest „dwubiegunowa”.
Cykliczne bycie bogiem i nieudacznikiem tego świata.

#JKvdD

Parę lat temu wzięliśmy z bratem samochód od taty i pojechaliśmy na zakupy. Wychodzimy ze sklepu, brat otwiera samochód, wsiadamy. Ale chwila, przecież w naszym aucie nie ma centralnego zamka, a i z przodu jakiś dziwny syf: butelki, papierki, szmaty... Identyczne auto, no ale jednak nie do końca.
Wyszliśmy, brat zamknął cudzy samochód i odeszliśmy ciesząc się, że jego właściciel tego nie widział.

#b760B

Moja mama zawsze mówiła o seksie jak o czymś totalnie złym, przez co zwyczajnie zaczęłam się go bać, uważałam, że zrobię coś złego. Miałam tylko jednego partnera, a stres powodował, że wcale nie było przyjemnie. Wyparłam więc swojej potrzeby, wyparłam kobiecość.
Dziś mam 40 lat i żałuję tych „straconych” lat. Mimo że bardzo bym chciała, nie potrafię znaleźć partnera, a strach przed wyśmianiem mojego braku doświadczenia paraliżuje mnie jeszcze bardziej. Bardzo brakuje mi bliskości.

#HCqnz

Posiadam psa – border collie. Kto miał lub ma to wie, że z reguły są to psy potrzebujące straszliwie dużo uwagi i w ogóle. Mój samczyk jest generalnie fajnym pieskiem w stosunku do ludzi. Jego problemem jest mijanie psów na smyczy. Po części jest to moja wina, pies od początku był za mało wypuszczany do obcych psów, ale to raczej nie było głównym powodem jego zachowania. Sądzę, że są dwa czynniki, nie będę ich tu przytaczać. Jako że pies jeszcze młody, to praca nad tym cały czas trwa, staram się go tego oduczyć. Ale jak wiadomo, to jest proces, i to trudny.

Wiem czego się spodziewać po moim psie, rzadko go spuszczam ze smyczy, a jak już to:
a) w godzinach, kiedy ludzie raczej nie wychodzą,
b) w miejscu, które znam,
c) tylko wtedy, kiedy jest z jakimś znajomym psem i wiem, że bardziej go interesuje ten pies niż jakiś obcy. Normalnie w mieście chodzi na krótkiej smyczy, a w lesie, polu itp. na lince.
Pies nie grysie innych psów, po prostu odstrasza (bo się boi). „Bordeży się” (czasami zdarzy mu się też na auto czy rower). Wiem, bo kilka razy doszło do starcia, i nigdy nie ugryzł innego. Ale mimo wszystko uważam, zawsze mijamy inne psy z daleka (w miarę możliwości) dla komfortu innych i swojego psa, dla którego takie sytuacje to sam stres. Ale jak wiadomo, czasami minąć innego psa się nie da. I wtedy zwykle staram się go zająć albo po prostu muszę przeczekać jego zachowanie. Ale zdarzyła mi się więcej niż jedna sytuacja z gatunku: widzę, że inny pies się zbliża, więc krzyczę „Pies nie lubi innych psów!”. A właściciel ma mnie, za przeproszeniem, w dupie. Pies podchodzi, mój border cały zjeżony, a właściciel „nagle” kuma się w sytuacji i próbuje odciągnąć psa, który też już cały wpieniony.

Ludzie, ja rozumiem. To mój pies ma problemy behawioralne i to ja jestem odpowiedzialna. Ale, kurde mol, staram się, naprawdę. A ludzie mają to gdzieś. Drodzy państwo, nad swoim psem też trzeba panować, bo nie znasz reakcji innego psa. Inną sprawą są dzieciaki, które głaskają i dotykają mojego psa bez pozwolenia. Nigdy nie gryzie, ale widzę, że się stresuje. Aktualnie dzieci są dla niego o tyle interesujące, o ile straszne. Uprzedzając komentarze, NIE MÓWIĘ, ŻE TO DOBRZE, pracuję nad tym. Dziękuję bardzo za poświęcenie mi chwili i życzę miłego czytania wyznań.

#nwTZj

Miałam kiedyś prawdziwego przyjaciela. Znaliśmy się od zerówki i już od pierwszego dnia byliśmy nierozłączni. Tak samo nieśmiali, mieliśmy te same pasje, spędzaliśmy razem czas w wyjątkowej atmosferze. Byliśmy razem w gimnazjum, później w liceum.
Przez cały ten czas kochałam go: jak przyjaciela, jak brata, jak człowieka i tak, jak kocha się najważniejszą osobę w swoim życiu. Nigdy mu o tym nie mówiłam, wydawało mi się to niepotrzebne.
Gdy trzy lata temu kończyliśmy liceum, mieliśmy świadomość, że więcej pewnie się nie zobaczymy – ja miałam studiować na drugim krańcu Polski, on lada dzień wyprowadzał się do Stanów. Podczas naszego ostatniego dnia razem, rozdania wyników matur, podeszłam do niego z małą paczką. Okazało się, że on również miał coś dla mnie, zdobioną kopertę. Powiedzieliśmy sobie, że zajrzymy tam dopiero po rozejściu się do domów.
Skurczybyk, wpadł na ten sam pomysł co ja. Opisał mi dokładnie, co do mnie czuje i za co mnie kocha...
Od trzech lat zbieram się w sobie, żeby do niego chociaż zadzwonić (nie ma konta na żadnym portalu społecznościowym). Nie mam dość śmiałości.
Wehikuł czasu, to byłby cud.

#l7q3A

Chcecie poznać (jak dotąd) największy odpał mojego życia?

A więc w mojej szkole, zresztą jak w każdej, było wiele dodatkowych kół i zajęć, między innymi językowe. Od jakichś arabskich, przez hebrajskie, aż po japoński i hiszpański. Ja chodziłam na ten ostatni i cóż.. całkiem dobrze mi z nim szło. W drugiej klasie gimnazjum, z racji bardzo dobrych wyników w nauce, zorganizowano dwie wycieczki (takie a'la gratulacje, za naszą pracę..). Jedna była do Hiszpanii, druga do Japonii. Jak się dowiedzieliśmy, nie było żadnych wymagań co do obowiązku chodzenia na dane zajęcia, po prostu kto chciał to jechał (za zgodą dyrekcji), ale wiadomo, że jednak coś trzeba było umieć, bo były to wyjazdy językowe (na miejscu z zadaniami do zrobienia).

Z racji tego, że moja rodzina ostatnimi czasy miała całkiem sporo pieniędzy, rodzice stwierdzili,że wykopią mnie z domciu na te 2 tygodnie, coby sobie ode mnie odpocząć. Nie powiem - ucieszyłam się niemiłosiernie. Tyle czasu w słonecznej Hiszpanii... a nuż poznam jakiegoś przystojnego Hiszpana :) Jak postanowili tak też zrobili. Rodzice sami musieli nas zapisać, więc moja mama mnie zapisała, z miejsca porobiła formalności i hej! Córcia wyjeżdża, chata wolna, wszyscy szczęśliwi! Już plany porobione, z przyjaciółkami topimy się w marzeniach, wszystko fajno.

Nadszedł wreszcie upragniony dzień wyjazdu. Spakowana i mega zdenerwowana, pojechałam z rodzicami na lotnisko. Tam mnie zostawili i dołączyłam do grupy, która się już zebrała. Trochę (a nawet bardzo) mnie zdziwiło to, iż nigdzie nie było mojej przyjaciółki. Powiedzieli nam jednak, że część grupy już poszła na odprawę, a my do nich dojdziemy jak się zabierzemy już wszyscy. Ok. Po X czasu, wreszcie siedzimy w samolocie, ja już w panice prawie, bo samolotów nienawidzę, nawet nie myślałam racjonalnie. Siadam tam gdzie mnie posadzili, słuchawki w uszy i w kimono (a przynajmniej się starałam...). Dosyć szybko zasnęłam, i już wyluzowana obudziłam się w przestworzach.

Ok, luzik, lecimy sobie, ale... no kurcze no... jakiś taki za porządny ten samolot. Monitorek z przodu jest, siedzeń jest w... dużo. Ale co będę narzekać ;) Po chwili sobie przypomniałam o przyjaciółce. Wstaję, rozglądam się, ale nigdzie jej nie ma... Nie zdążyła? Wypisała się? Nic mi nie powiedziała? Otóż nie. To ja k*rwa leciałam nie tym samolotem co trzeba! Jak się okazało, moja kochana mamusia, zamiast na wyjazd do Hiszpanii, zapisała mnie na wyjazd do Japonii! Nie wiem jakim cudem, że też nie zdziwiły jaj ceny, albo COKOLWIEK? Także w pizdu wysoko i daleko razem z opiekunką robiłyśmy rozkminę co teraz.

Już po wylądowaniu, moja mama dostała telefon, że wysłała swoją córeczkę na drugi koniec świata :) Nie wiem jaką miała wtedy minę, ale po drugiej stronie słuchawki była dosyć niezręczna cisza.
Przypadkowo wysłać swoje dziecko do Japonii... I to ja ponoć jestem nieogarnięta...

Koniec końców, spędziłam naprawdę świetne dwa tygodnie i z całego serca dziękuję mamie za tę "pomyłkę" (do tej pory zastanawiam się, czy jednak nie zrobiła tego specjalnie...)

#GOaNc

Co jakiś czas oglądamy z żoną jakiś film na Netflixie. Wiadomo – kocyk, piżamka, ewentualnie jakieś przekąski i przytulanki. Tym razem było jednaj dość dziwnie i nie wiem co czuć. Więc oglądamy ten film, ona jak zwykle z ręką na moim raczej miękkim penisie, aż tu nagle męska scena miłosna, dość mocna, i wtedy przy całym moim zażenowaniu dostałem erekcji. Żona chyba chciała mnie pogrążyć jeszcze bardziej, bo od razu wzięła się do roboty, a ja skończyłem zanim skończyła się scena. Od tamtej pory o tym nie rozmawialiśmy.

Dziwnie się czuję.

#PfnwL

Jako 10-latka zakochałam się bez opamiętania w... księdzu z mojej parafii. Nie wiem co ja w tym człowieku widziałam. Nie był przystojny, nie był zbyt sympatyczny, totalnie nie miał podejścia do dzieci. Można by powiedzieć, że totalny zgred, a ja co niedzielę chodziłam do niego na msze, siadałam w pierwszej ławce i z maślanymi oczami wpatrywałam się w niego. Nawet nie rozumiałam co mówił na kazaniu, bo był to „język dorosłych”, ale to przecież nie było ważne. W walentynki postanowiłam, że zrobię mu prezent. Za uciułane pieniądze kupiłam całkiem pokaźny bukiet czerwonych róż i napisałam liścik, w którym wyznawałam miłość i nawet zapytałam, czy jak dorosnę, to zostanie on moim mężem (na szczęście listu nie podpisałam). Dalej wydawało mi się to mało, więc list włożyłam do koperty zrobionej z czerwonego papieru, obkleiłam całą masą naklejek z jakiegoś kobiecego pisma (takie cukierkowe serduszka, usta złożone do pocałunku, napisy „kocham cię”) i tak przygotowana ruszyłam do klasztoru, by mu to oddać. Drzwi otworzył mi jeden z zakonników, powiedział, że tamten ksiądz jest zajęty i nie może do mnie przyjść (na szczęście!), ale że odda mu przesyłkę, a przy tym zalewał się łzami i krztusił, próbując nie roześmiać się totalnie. Ja wyszłam stamtąd cała zadowolona, byłam przekonana, że furtian płakał, bo domyślił się, że za kilka lat ich ksiądz odejdzie, biorąc ze mną ślub.
Dziś myślę sobie, że byłam totalnym głupkiem, a z „mojego” księdza koledzy musieli jeszcze długi czas nabijać się we wspólnocie.

PS Sprawa nigdy nie wyszła, ksiądz nigdy nie zapytał, czy to ja mu przyniosłam róże (choć myślę, że raczej to wiedział) i nie było później żadnego ślubu (choć ja jeszcze ze dwa lata później byłam przekonana co do mojej wielkiej miłości i znalezienia tego jedynego).
Dodaj anonimowe wyznanie