#xmflY

Jestem pielęgniarką. Od paru tygodni zajmuję się umierającym mężczyzną, niesamowicie optymistycznym i wesołym. Prawie codziennie odwiedza go rodzina: żona, nastoletnia córka i siedmioletni synek. Żona zawsze płacze, mały nie rozumie jeszcze co się dzieje, ale córka... Córka wchodzi ostatnia, dopiero jak matka z bratem wyjdzie. Zachowuje się normalnie, rozmawia z nim i żartuje. Wczoraj ojciec spytał się jej ze łzami w oczach, czy nie jest jej smutno. "Oczywiście, że nie. Nie mam się czym martwić, przecież wyzdrowiejesz i wszystko będzie dobrze". Pocałowała go i wyszła. Na korytarzu usiadła na podłodze i zaczęła płakać.

Zawsze płakała po wyjściu.

#msNy8

Piszę tutaj, gdyż nie mam za bardzo komu się wygadać. Chodzi o moją relację z przełożonym, który właściwie będzie nim już niedługo, bo otrzymał awans i odchodzi. Obecnie sytuacja wygląda tak, że mówimy sobie po imieniu, właściwie tu gdzie pracuję wszyscy sobie po imieniu mówią, wyjątkiem są osoby na wyższych stanowiskach. Określiłbym, że nasza relacja jest dobra, na luzie pracuję z nim już kilka lat i trochę się poznaliśmy. Zawsze mnie wspierał, pomagał, motywował. Dało się zauważyć, że traktuje mnie inaczej niż resztę pracowników, do tego stopnia, że znaleźli się tacy współpracownicy, którzy pytali się mnie, czy jestem jego synem, oczywiście w żartach, bo to niemożliwe, gdyż jest starszy o 8 lat.

Jest to moja pierwsza praca, on wiele mnie nauczył, do tego stopnia, że istnieje prawdopodobieństwo, że zajmę jego miejsce, gdy jego już nie będzie. I tu jest moje pytanie, czy wypada mu powiedzieć, że bardzo dużo mu zawdzięczam i że w pewnym sensie jest dla mnie trochę jak ojciec.

#v5JHp

Niefart miał początek 13 lat temu, na kolonii, której uczestnicy wywodzili się dokładnie stąd, co ja. Byłem poważnym (na ile może być poważny ośmiolatek) chłopcem, od początku koloni to ja panowałem nad ładem w dwuosobowym pokoju. Mogłem się zdać na tyle "sztywny", że współlokator przeżył szok, gdy po jakimś tygodniu podniosłem pierwszy raz głos, by bawił się ciszej kupionym nad wybrzeżem resorakiem. Walczyłem ze sobą, by nie zdradzić, jak bardzo zazdrościłem mu tego małego plastiku próbującego udawać Mustanga Shelby GT500. Dlatego starałem się wyśmiać Michała, ilekroć chwalił się "zdobyczą", choć moje oczy naprawdę świeciły się na widok tego modelu. Był na swój sposób idealny, stanowił kolonijne ucieleśnienie marzeń ośmiolatka o pamiątce znad morza.

Któregoś dnia, gdy Michał brał prysznic, podszedłem do jego szafki targany zwierzęcą żądzą wejścia w posiadanie tej zabawki. Biłem się z myślami, ale doszedłem do wniosku, że ciężko byłoby mnie nawet podejrzewać - przez całe kolonie miałem czyste konto, byłem wzorowy. Kiedy Michał wrócił, "Shelby" parzył mnie w kieszeni. Dzień później sprawy przyjęły dramatyczny obrót - Michał płakał za stratą, szukał jej dosłownie wszędzie, a gdy zapytał mnie, czy na pewno nic nie wiem, dopadł mnie strach, że jakimś cudem mógł zwietrzyć tę kradzież. Nie miałem wyboru, podczas wieczornego prysznica "Shelby" wjechał do "garażu", w którym nikt by go nawet nie pragnął szukać. Dla mniej domyślnych: schowałem go do dupy.

Kiedy dzień później w toalecie zorientowałem się, że mój wóz nie ma ochoty wyparkować, wpadłem w panikę. Nie mogłem go wyjąć, nic nie pomagało. Ze wstydem poprosiłem o pomoc pana Kubę, który wydawał się być równym, młodym gościem. Pan Kuba rozumiał. Oznajmił innym wychowawcom, że jedziemy do szpitala. Niestety, dobrze zaparkowany Mustang może być wyjęty tylko operacyjnie. Gdy pan Kuba czekał ze mną na przyjazd rodziców, powiedział mi, że każdy mężczyzna napotyka na swej drodze problemy, ale tylko ten odważny umie im sprostać. Obiecał, że to zostanie między nami i wiedziałem, że mówi prawdę.

Na sylwestrze poznałem śliczną dziewczynę i od lutego często bywam u ukochanej w domu. Jest z tradycyjnej rodziny, która weekendy spędza razem. Jej brat dobija czterdziestki i w każdą niedzielę przyjeżdża z rodziną na obiad.
Tak, to Kuba, który przywitał mnie serdecznie słowami: "Znamy się, młody człowieku!". Też go rozpoznałem i do uściśnięcia rąk łudziłem się, że mu się tylko wydaje.
Kuba dotrzymał tajemnicy - dziewczyna na szczęście nic nie wie. Kuba też nie wraca do tego tematu, nie opowiada o kolonii.
Może dlatego spłonąłem ze wstydu, gdy ostatnio zapytał, czy wyparkuję auto z garażu. Ostrzegł mnie o trudnym, ciasnym wyjeździe...

#rJOg5

Kilka lat temu przeszłam na wegetarianizm i od tamtej pory zaczęły się moje problemy z wyróżnieniem. Potrafiłam nie robić kupy nawet 5 dni albo załatwiać się bobkami, jak królik. Próbowałam wszelkich domowych jak i medycznych sposobów, modyfikowałam dietę i jedyne co osiągnęłam to kupa na 3 dni.

Któregoś dnia, niedługo po lockdownie, kolega z pracy, będący ogromnym fanem NOSPR, żalił się z powodu odwołania wyczekiwanego koncertu. Postanowił, że w zamian za to troszkę nas "odchami" i za grupowym przyzwoleniem będzie puszczać muzykę klasyczną przez godzinę dziennie. Włączył "Wiosnę" Vivaldiego, a moje jelita na pierwszy dźwięk skrzypiec zaczęły wariować. Prawie wybiegłam do toalety i była to najlepsza kupa od czasów mięsożernych.
Od tamtej sytuacji każdy poranek zaczynam od 4 pór roku i nie miałam dnia bez cudownego wypróżnienia. Boję się chwili, w której mój odruch warunkowy zadziała w najmniej odpowiednim czasie i miejscu.

PS Żaden inny artysta ani utwór nie działają.

#rZTY7

Mając jakieś 5 lat, byłam z rodzicami na festynie w naszej miejscowości. Odbywała się tam konkurencja 3 drużyn: czerwonej, zielonej i niebieskiej. Zawodnicy biegali, coś przenosili na czas, była konkurencja ze skakanką. Mimo że stałam z rodzicami z przodu widowni, nie skupiłam się na tym, co się działo na boisku. Skupiłam się natomiast na ślicznej cekinowej torebce, mieniącej się wszystkimi kolorami tęczy, należącej do pani, która stała obok.
Nagle podszedł do mnie pan wodzirej całej imprezy, przyłożył mi mikrofon do ust i zapytał "Jak masz na imię, dziewczynko?". Odpowiedziałam, że Ania. "Aniu, masz decydujący głos, powiedz, która drużyna wygrała?" Ja zmieszana, zawstydzona, przestraszona, bo przecież nie przyglądałam się szczególnie poczynaniom drużyn, ale powiedziałam "Niebiescy" (tylko dlatego, że lubiłam kolor niebieski).

Niebiescy oczywiście okrzyki radości. Spora część widowni niby klaskała, ale słyszałam pojedyncze głosy "Cooo? Byli najgorsi!", "Ślepa ta gówniara?", "Powinni wygrać czerwoni", kilka osób gwizdało, ale wodzirej imprezy jak to wodzirej "Super, bawimy się, brawo dla zwycięzców, gratulacje"...

I na tym mogłoby się to zakończyć, gdyby nie fakt, że czułam się z tym wszystkim bardzo źle.
Resztę czasu na festynie byłam przybita, miałam poczucie, że może wyrządziłam krzywdę innym uczestnikom, może będą mieć do mnie pretensje oni i inni ludzie z widowni. Bałam się nawet patrzeć na tych ludzi. Marudziłam rodzicom, żeby wracać już do domu, ale oni chcieli jeszcze zostać.
Kulminacją był moment, gdy do taty podszedł pan z zielonej drużyny. W myślach widziałam jak wyrzuca mi niesprawiedliwy werdykt, już prawie się rozpłakałam, ale okazał się on być kolegą taty z pracy, więc chwilę pogadali i poszedł sobie jak gdyby nic.

Dziś nawet się z tego śmieję, bo wiem, że której z drużyn bym nie wybrała, zawsze pojawiłyby się w tłumie głosy niezadowolonych, ale wtedy dla mnie była to bardzo trudna sytuacja bo (w moim poczuciu) miałam decydować o czyimś życiu i śmierci, niosłam ciężar strachu, niepewność, czy to była dobra decyzja, czy nikt mnie teraz nie zlinczuje, czy nikt publicznie nie powie "to przez ciebie przegraliśmy". Ech... co te dzieci mają w głowach ;)

#wxGMa

Mam 16 lat. Od roku byłam w bardzo szczęśliwym związku. W moim domu nigdy się nie przelewało, rodzice nie pracują, ale dorabiają na wszystkie możliwe sposoby, ja również od 12 roku życia każde wakacje spędzam w pracy. W warunkach najlepszych oczywiście tez nie mieszkamy, ale najważniejsze ze mamy gdzie spać i co zjeść, jakoś nigdy nie potrzebowałam niczego więcej.

No ale do rzeczy, mój (już były) chłopak ma 20 lat. Super dom, samochód, ma dosłownie wszystko dzięki bogatym rodzicom. Na początku nie wierzyłam ze może nam się udać, wytłumaczyłam mu nawet sytuacje i stwierdził, że przesadzam i na pewno nie jest tak źle, a poza tym on mnie przecież kocha i nie interesuje go to ile mam pieniędzy. Moi rodzice byli nim zachwyceni. Dla nich, jak i dla mnie był ideałem. I nie chodzi tu oczywiście o pieniądze czy wygląd, ale o charakter. Pierwsze miesiące związku mijały świetnie, często bywałam u niego w domu, w sumie praktycznie co weekend. Natomiast on u mnie nigdy. Wstydziłam zaprosić się go do siebie. Mimo tego ze mnie kochał i byłam tego pewna, strasznie się wstydziłam. Po pól roku zaczął naciskać, żeby iść w końcu do mnie. Odkładałam to w nieskończoność, po prostu miałam takie przeczucie że tak będzie lepiej.

W końcu jakiś miesiąc temu zaprosiłam go do siebie. Wszystko wysprzątane, wymyte, no żeby chociaż to jakoś wyglądało. Moja mama zrobiła świetny obiad, nawet nie chcę pytać ile wydała na to wszystko pieniędzy. No okej, przyjechał, pojechał, cieszyłam się że mam to już za sobą. Nie odzywał się do końca dnia, ale pomyślałam ze jest zajęty.

Kiedy wstałam na następny dzień, dostałam tylko smsa:
"Sorry, ale nie możemy być razem. Chyba do siebie nie pasujemy. Wiesz, żyjemy w trochę innych światach. Fajna z Ciebie dziewczyna, ale no, wiesz jak jest... Zresztą, moi rodzice i kumple od zawsze mówili, że jesteś dla mnie za biedna. Przykro mi, ale nie odzywaj się do mnie więcej. I jak możesz to oddaj mi wszystko co Ci kupowałem, no oprócz bielizny. Chyba o oddaniu kasy za perfumy nie muszę Ci przypominać. Ja te Twoje pseudo prezenty zostawiłem w Twojej szafie. Szczęścia w życiu, mała. I nie szukaj więcej miłości w wyższych sferach, bo to nie dla Ciebie ;)"

I wiecie co? Najgorsze jest to, że nigdy w życiu nie myślałam o tym, żeby mieć z tego związku jakiekolwiek korzyści materialne. I nie rozumiem tego człowieka, skoro dobrze wiedział, że nie mam zbyt ciekawej sytuacji w domu. Chyba nigdy nie zrozumiem jak można być takim dupkiem.

#6e9QG

Urodziłam się zbyt wcześnie z niedotlenieniem, czego wynikiem jest uszkodzony układ nerwowy. Skutkuje u mnie to tym, że mam ograniczony zakres ruchu kończyn, zbyt napięte mięśnie, trudności z równowagą oraz zaburzenia mowy. Kiedy byłam w gimnazjum, zdiagnozowano u mnie także dyskalkulię – nie umiem liczyć w pamięci nawet w zakresie dziesięciu i korzystam z palców, kalkulatora czy liczydeł.

Dzisiaj mam 27 lat, podchodziłam do matury wiele razy i pomimo korków nie udało mi się jej zdać. Aktualnie mieszkam z mamą i jej nowym partnerem, bo ojciec zwiał tuż po tym, jak zdiagnozowano u mnie niepełnosprawność, miałam wtedy osiem miesięcy. To nie tak, że nic nie próbowałam robić ze swoim życiem i żyję tylko renty. Trzy razy byłam na płatnych stażach, ale żaden z pracodawców nie chciał mnie zatrudnić. Do call center nie chcą mnie przez wadę wymowy i brak cierpliwości do tłumaczenia klientom czegokolwiek (zwolnili mnie po trzech dniach po tym, jak rozpłakałam się w słuchawkę, gdy klient mnie o coś dopytywał). Próbowałam też być youtuberką, pierwszy kanał był o ulubionych książkach, a drugi o niepełnosprawności, Pomimo że długo prowadziłam te kanały, to żaden z filmików nie przekroczył setki wejść. Teraz piszę opowiadanie inspirowane moim życiem, może coś z tego wyjdzie, oczywiście nie mam zamiaru z tym iść do wydawnictwa, na razie publikuję w necie, opinii albo nie ma, albo czytelnicy poprawiają moje błędy, pozytywnych opinii jest zaledwie kilka.

Jedyne co mi wychodzi to rehabilitacja. Cztery lata temu wstałam z wózka, chodzę przy balkoniku. O ile lewa ręka zawsze była zdrowa, to prawa kiedyś była bez ruchu, teraz jestem w stanie chwycić balkonik i powoli się ubrać. Bardzo przyłożyłam się do ćwiczeń, mam dwa razy w tygodniu zajęcia w gabinecie rehabilitantki, pięć razy w tygodniu rehabilitację domową na NFZ, cztery razy do roku intensywne turnusy rehabilitacyjne oraz ćwiczę sama w domu. Zdrowa nigdy nie będę, ale jest szansa, że będę chodziła przy kulach, a nie przy balkoniku i z asystą, bo boję się chodzić sama poza domem.

Na tych turnusach poznałam mojego pierwszego w życiu przyjaciela. Muszę przyznać, że jestem sama trochę winna mojego samotnictwa, bo czułam się lepsza z powodu zainteresowań, o ludziach z klasy przypominałam sobie gdy potrzebowałam pomocy, no i cechują mnie nagłe zmiany nastrojów.
I jeśli chodzi o mojego ojczyma, to na początku, cztery lata temu był bardzo miły, pomocny, brał mnie na pierwsze w życiu wycieczki, jednak teraz coraz częściej słyszę porównania z jego córką, która jest moją rówieśniczką, szczęśliwą żoną i matką.
„Anielka to już sama mieszkała, jak miała 19 lat”.
„Zrobiłabyś coś pożytecznego. Po co ci ta rehabilitacja?”
„Już niedługo będziesz za stara na dzieci”.
„Twoje lęki przed chodzeniem to jakieś fanaberie”.
Często się kłóci z moją mamą o to, że powinnam mieszkać sama. Przeszkadzam mu pomimo że nie utrzymuje mnie (mam rentę) i na moją rehabilitację też nie daje (zbieram na to).
Mama się nie wypowiada.
Nie wiem co robić.

#Z8xMJ

Pewnie większość z Was, jak nie wszyscy, kojarzy historię, w której mężczyzna daje swojej kobiecie bukiet róż, w tym jedną sztuczną, i mówi, że będzie z nią, dopóki wszystkie róże nie zwiędną. Podobna historia przydarzyła się mi.

Miłość jak z bajki, fajerwerki uczuć, co zaowocowało wkrótce ciążą. Gdy ukochany się o niej dowiedział, przestraszył się i trochę wycofał. Bardzo mnie to zabolało, a jak wiadomo - początki ciąży wiążą się z ogromną burzą hormonów, więc były łzy, kłótnie, po prostu awantury. 

Pewnego dnia on przyszedł do mnie z imponującym ilością kwiatów bukietem. Powtórzył formułkę ze wstępu (na bank zaczerpniętą z internetu, bo romantykiem nigdy nie był), dodając, że dopóki wszystkie nie zwiędną, zaopiekuje się mną i dzidziusiem.

A tu niespodzianka dla Was: WSZYSTKIE róże były prawdziwe :) 

W ten sposób płodziciel się ulotnił, z tego co mi wiadomo do innego kraju. Zero kontaktu, nie mówiąc już o alimentach dla naszego synka.

Brawa dla "najlepszego" ojca 2015 roku!

#ZLQJB

W 1 klasie podstawówki chodził ze mną do klasy taki chłopak (nazwijmy go Maciek). Miał się przeprowadzić do Francji. Mówił nam jakieś słowa po francusku i nas tego uczył.
No i wyjechał.

Niedawno rozmawiałem z Maćkiem na facetime. Doszło do tego, że wspominaliśmy stare czasy. I ja nagle wyskoczyłem z takim: "Pamiętam, jak uczyłeś nas francuskiego". Wtedy on popatrzył na mnie jak na wariata.

Okazało się, że to był mój kolejny bardzo realistyczny sen, który pomyliłem z rzeczywistością.
Czułem zażenowanie.
Dodaj anonimowe wyznanie