#5rJRb

Siedzę ostatnio w publicznej toalecie w centrum handlowym. I nagle z kabiny obok słyszę: „Pomożesz? Papieru nie mam... Siedzę tu od 10 minut i czekam”. Mówię gościowi, że jasne, podam mu górą. Oderwałem trochę papieru dla siebie z myślą o tym, że też będę go potrzebował. Koleś w kabinie obok wstał, ja też, więc mu ten papier rzuciłem... i chyba miał dziurawe ręce, bo sekundę później usłyszałem: „No to sobie posiedzimy... Trafiłeś do muszli”. Myślę sobie, że przecież ja swój papier mam. Wyobraźcie sobie moja minę, gdy spojrzałem na spłuczkę, a tam mojego papieru nie było. Rzucając sąsiadowi rolkę strąciłem go przypadkiem i upadł na bardzo mokrą podłogę :(
No i tak sobie siedzieliśmy, czekając na jakiś ratunek.

Na szczęście po chwili wszedł nasz wybawca, rycerz odziany w niebieską zbroję – pan sprzątający. Gdy usłyszał naszą historię, to miał łzy w oczach ze śmiechu. No ale papier nam dał, więc po wyjściu z kabiny mogłem się też pośmiać, razem z kolesiem z kabiny obok :)

#27vSM

Od zawsze byłam dzieckiem kochającym wszelkie zwierzątka, co odziedziczyłam po dziadku, który ratował wszelakie pisklęta wypadnięte z gniazd, odchowywał je, po czym wypuszczał, oczywiście ptaszki te (najczęściej były to wróble) trzymały się blisko dziadkowego podwórka. Jednak jeden z nich tak się do dziadka przyzwyczaił, że został na stałe w domu, reagował na imię i nie odlatywał nawet pomimo otwartych okien.
Byłam tak zafascynowana wróbelkami dziadka, że sama marzyłam, by kiedyś uratować jakiegoś pisklaczka.
I tak oto nastał ten niezapomniany dzień i początek właściwego wyznania.
Miałam wtedy może z 5 lat, siedziałam sobie na swoim krzesełku i wyglądałam przez okno, gdy nagle na naszym parapecie usiadł gołąb, pochodził chwilę, po czym odleciał. Wtem mój dziecięcy wzrok przykuło coś, co kochany gołąbek zostawił na parapecie, a dokładnie czarno-biała kuleczka.
Pierwsza myśl „TAK! TO JEST MÓJ DZIEŃ I MÓJ PISKLACZEK!”.
Ach, ta dziecinna naiwność i wyobraźnia...
Cała radosna chwyciłam mój mały cud i poleciałam pochwalić się rodzicom. Do tego dnia pamiętam ich miny oraz w dalszej kolejności histeryczny wybuch śmiechu...

Bo to była najzwyklejsza w świecie ptasia kupa.

#GJhxI

Będzie krótko.
Mam tę wątpliwą przyjemność jeszcze przez kilka miesięcy mieszkać w Domu Dziecka. Przedział wiekowy? Od 3 lat do 17. Ostatnio na śniadanie podali nam pasztet. Spleśniały. Oburzona zabroniłam dzieciom siedzącym ze mną przy stoliku tego ruszać (chłopcy 5 i 7 lat) i zapytałam wychowawczynię, czy im nie wstyd dawać coś takiego dzieciom. I wiecie co zrobiła?

Podeszła do tego pasztetu i zaczęła nożem „wklepywać” pleśń w pasztet mówiąc, że nic nie widzi.
Ot, na pensje dla takich osób idą Wasze podatki, drodzy Anonimowi.

#nBgjr

3/4 mojej szafy to rzeczy z lumpeksów, do których chodzę przynajmniej raz w tygodniu.

W mojej klasie jest grupka dziewczyn, które mają obsesję na punkcie ubrań. Wystarczy, że w jakiejś znanej sieciówce pojawi się nowa kolekcja, a one już są ubrane w tych ciuchach od pasa w dół. Ja jakoś nie przepadam za kupowaniem w takich sklepach, bo nie dość, że bluzy kosztują tam po 80 zł, gdzie na lumpie znajdę ładniejsze za 8, to jeszcze takie same ubrania ma przynajmniej kilka osób ze szkoły, a więc zero oryginalności.

Najczęściej chodzę do lumpeksu w mini galerii, w której znajduje się też bardzo fajny sklep z ozdobami do domu, a więc owe koleżanki z klasy już wiele razy widziały mnie, jak wchodzę do lumpa, podczas gdy one wybierały sobie nowe ozdóbki do pokojów. Bardzo często wypominały mi to potem w szkole i rzucały jakimś chamskim komentarzem.

Pewnego dnia do szkoły przyszłam w NOWEJ bluzie adidasa, którą mama kupiła mi na urodziny w oryginalnym sklepie. Wtedy jedna z koleżanek, Julka, której przeszkadzało to najbardziej, podczas gdy siedziałyśmy w szatni na wf podeszła do wieszaka i zdjęła moją bluzę z niego. Zaczęła śmiać się i pytać, w którym lumpeksie ją kupiłam, wyśmiewała mnie, że muszę chodzić do sklepów z odzieżą używaną, bo zapewne nie stać mnie na nowe. Na koniec rzuciła tekstem, że wstyd chodzić w czymś, co już kiedyś ktoś nosił. Bluzy nie odwiesiła na wieszak, tylko rzuciła nią w stronę kosza na śmieci, bo twierdziła, że „tak właśnie robi się z używanymi dziadami”, na szczęście Juleczka nie miała za dobrego cela i bluza wylądowała obok pojemnika, na podłodze.

Po tej sytuacji nie zaprzestałam robienia zakupów w second handach, stało się to moim uzależnieniem i wydawałam na to już trochę za dużo pieniędzy. Korzystając z okazji, iż w jednym lumpeksie pojawiła się opcja sprzedania własnych ubrań, postanowiłam przynieść kilka ciuchów, których już nie noszę, ale nie są też zniszczone, żeby chociaż trochę zarobić. Była tam jedna szczególna rzecz, a mianowicie bluza, którą sama sobie zaprojektowałam na pewnej stronie, więc była jedyna w swoim rodzaju i nie ma możliwości, by ktoś inny miał taką samą. Była to bluza z napisem „I am an alien”, a pośrodku widniała grafika ufoludka, którego sama udoskonaliłam w programie graficznym.


Julcia, niech bluza Ci się dobrze nosi, widać, że ją bardzo polubiłaś, bo chodzisz w niej co drugi dzień :)

#A01rV

Jestem facetem, który zawsze ważył tyle samo, czyli 78 kg przy wzroście prawie 190 cm. W związku z tym chciałem troszkę nabrać masy. Dlatego też wiele lat temu zapisałem się do siłowni. Chodziłem tak sobie rekreacyjnie, postępy były, rzeźba się tworzyła. No, właśnie – rzeźba i owszem, ale masy ani trochę. W końcu się wkur#iłem i poszedłem do dietetyka. Okazało się, że muszę więcej żreć. Dostałem rozpis dziennych racji żywieniowych rozpisanych na pięć jebutnych posiłków dziennie. Przez dwa tygodnie rozciągałem żołądek, żeby to wszystko pomieścić. Dorzuciłem sobie do tego kreatynę i dodatkowy, kaloryczny wspomagacz w formie shake'ów.  No i zapierdzielam na te treningi, targam te hantle, jak porąbany, wyciskam te sztangi, pocę się jak dziki guziec w okresie godowym, a potem w domu regularnie objadam się po korek.

Wczoraj nadszedł dzień, kiedy po długich tygodniach walki o masę postanowiłem się zważyć. Liczyłem, że chociaż troszkę utyłem. Staję więc na wadze i co widzę? Wreszcie drgnęła wskazówka!
Schudłem 2 kg, kur#a jego mać...

#nQSze

Rzecz działa się w czasach obowiązkowego poboru do armii. Trafiłem do kompanii razem z takim jednym leserem. Pijaczyna i miglanc niesamowity. Migał się od wszystkiego. Dosłownie od wszystkiego. Tak zakombinował, tak naściemniał, że nie tylko nic nie robił, ale jeszcze to nicnierobienie uchodziło jako „usprawiedliwione”.

Któregoś razu wylądowaliśmy razem na warcie. Stoisz człowieku w nocy, w pełnym rynsztunku bojowym, z żelaznym hełmem na głowie i z ciężkim kałaszem przewieszonym przez ramię. Niby taki karabin waży jakieś 4-5 kg, niby niedużo, ale gdy go dźwigasz całą noc, to uwierz mi – zaczynasz czuć ten ciężar. Nawet dowódcy nam mówili, abyśmy broń zatknęli sobie magazynkiem za pas, to wtedy kałach wydaje się lżejszy. Teoretycznie taki zabieg był nielegalny, ale wiadomo... człowiek jest tylko człowiekiem i trzeba jakoś ułatwiać sobie życie.

Ułatwić życie postanowił sobie także nasz kompanijny miglanc. Fajny był z niego kumpel, choć czasami irytowało, gdy udając chorobę wylegiwał się na izbie chorych, a my wszyscy musieliśmy zapieprzać za niego. Tamtej nocy, na swojej pierwszej warcie, stojąc obok mnie stwierdził nagle, że on więcej na żadną wartę już nie pójdzie, bo to nie dla niego. A ja w odpowiedzi wyszczerzyłem zęby w triumfalnym uśmiechu i oznajmiłem mu, że to niemożliwe. Że to mu się nie uda, bo warty są obowiązkowe. Dla wszystkich. Nawet jeśli raz czy dwa zasymuluje chorobę, to po prostu przesuną mu termin warty na inną datę i tyle. Odbyć ją będzie musiał. Całkowite uniknięcie następnych wart jest po prostu niemożliwe.
- A założymy się? - spytał, patrząc mi pewnie w oczy.
Nie założyłem się, bo znając jego pomysłowość, wcale nie byłem taki pewny swego. I słusznie. Przegrałbym zakład. Otóż wyobraźcie sobie, że ten miglanc rozpuścił wśród żołnierzy z pododdziału plotkę, że dziewczyna go właśnie rzuciła, że nie widzi już dalszego sensu życia i że na najbliższej warcie odbierze sobie życie. Plotka szybko się rozeszła, aż w końcu dotarła do uszu dowódcy kompanii. Ten nie chcąc mieć kłopotów nakazał, aby temu durniowi nie dawać więcej broni z ostrą amunicją do ręki.

Tym oto prostym sposobem nasz miglanc jako jedyny już nigdy więcej nie poszedł na wartę.

Brawo, Polak kuźwa potrafi.

#6536m

Jakieś 10 lat temu moja najlepszą przyjaciółką dostała od rodziców potwora. Pies nazwany został Sushi. Sushi to kundel z silnymi zaburzeniami psychiki. Biega jak wariat, szczęka jak wariat i ciągle warczy. Sushi nie lubi nikogo poza Mileną (moja przyjaciółka). Na wszystkich innych szczęka i warczy. Duży jest i można się go przestraszyć generalnie. Mnie jako tako toleruje (może dlatego, że wybrał sobie moją nogę za żonę?). Jako że mnie toleruje, mój dom był idealną dla niego przechowalnią w trakcie różnych wyjazdów Mileny z rodzicami. Nienawidziłam tych momentów, ale cóż, czego się nie robi dla przyjaciół?

5 lat temu rodzina Mileny wraz z Sushim jechali na jakąś rodzinną imprezę. Niestety na miejsce nigdy nie dojechali. Rodzice Mileny zginęli w tym wypadku, Milena długo leżała w szpitalu, prawie codziennie odwiedzaliśmy ja z Sushim (zrobiłam konkretną awanturę o to, by pozwolili mi brać do niej psa). Sushi wziął bardzo do siebie nową pozycję głowy rodziny i teraz do Mileny nie mógł już podejść nikt. Nawet moja powabna nogą przestała być argumentem, też trafiłam na czarną listę. Pies co prawda nigdy na nikogo się nie rzucił, ale sam wyraz jego pyska wystarczał, żeby narobić w gacie.

Rok temu zmarła Milena. Pijany debil rozjechał ja na przejściu. Tydzień w szpitalu w śpiączce i potem odeszła. Wpadłam wtedy w fazę otępienia. Chodziłam jak widmo. Ale ani razu nie zapłakałam po niej.

Informacja, że ciocia Mileny planuje uśpić Sushiego była dla mnie przełomowa. Pół godziny później walczyłam z tym potworem, żeby założyć na niego kaganiec i zabrać potwora do domu. Nie mogłam pozwolić, żeby go uśpili ! Od tej pory całą moją uwagę pochłaniały iluzje, że wychowuję Sushiego.

Niedawno minęła rocznica śmierci Mileny. Poszłam na cmentarz do niej, po raz pierwszy zabierając tam ze sobą Sushiego. Usiadłam sobie na moim kamieniu koło jej grobu i zaczęłam tradycyjnie narzekać na Sushiego. Zawsze jak chodzę do niej na cmentarz, to na niego narzekam. Pies nagle zaczął wyć. Naprawdę przeraźliwie wyć. I mi zwiał! Nie trzymałam smyczy dość mocno. Ruszyłam za nim w dziki pościg (bo wiecie, agresywny pies, straszny pies), a siły dodawały mi fantazje na ile sposobów mogę go zamordować. Niestety okazało się, że nieuczciwa przewaga posiadania czterech łap, daje więcej do prędkości niż mordercze zapędy.

Znalazłam go przy starym domu Mileny. Siedział tam i wył. Wiem jak głupio to zabrzmi, ale do niego chyba wtedy dotarło, że nie jest to jeden z wielu razy, kiedy siedział u mnie na przechowaniu, tylko że Mileny już nie ma. Widząc jego rozpacz, załamałam się. Upadłam na kolana i zaczęłam ryczeć jak dziecko.

Wiecie co wtedy zrobił pies? Zaczął mnie lizać po twarzy jak opętany. Nie wiem ile tam siedzieliśmy, ale w końcu poczułam się lepiej, a do domu wróciłam już nie z potworem, ale z przyjacielem.
Dodaj anonimowe wyznanie