#RxXJn

Pracuję jako recepcjonistka w hotelu. Oprócz pokoi mamy również salę weselną, gdzie praktycznie co tydzień odbywają się przyjęcia. Na jednym z wesel goście dość szybko poczuli efekty alkoholu. Około 21 większość z nich była bardzo wesolutka. Pod koniec mojej zmiany na recepcję przyszedł jeden z gości. Nie ukrywam, jestem dość atrakcyjną kobietą, dlatego pan dość szybko przeszedł na luźną rozmowę, lekki flircik.
Pracując na recepcji, nie mogę odpowiadać na zaczepki, jednak nie ukrywam, ten gość wpadł mi w oko. Powiedziałam, że teraz nie mogę za długo rozmawiać, bo jestem w pracy. Klient od razu zaproponował mi jakiegoś drinka po skończonej zmianie. Zgodziłam się (wiem, nie powinnam tak robić, bo to jednak gość). Zadziwiałam się, że tak szybko chce uciekać z wesela, gdzie zabawa była naprawdę przednia. Oczywiście skończyło się nocą u gościa weselnego.
Następnego dnia na poprawinach dowiedziałam się, że to Pan Młody...

#0RYFT

To było jakieś 6-7 lat temu, nie pamiętam dokładnie, miałem 17 lat i byłem w technikum. Miałem paru kumpli, z którymi często wyskakiwałem na imprezy, paliłem i wagarowałem, nie byłem porządnym uczniem, muszę przyznać.

Pewnego dnia dołączyła do nas nowa dziewczyna, niezbyt ładna, cicha i bardzo zestresowana, pochodziła z Ukrainy. Jej rodzina przeprowadziła się do Polski w poszukiwaniu lepszego życia. Pamiętam bardzo dokładnie pierwszą lekcję informatyki, nauczyciel zapytał się o coś całej klasy, ona jako jedyna znała odpowiedź, jednak jej styl wypowiedzi nie bardzo przypadł nam do gustu, jąkała się i myliła czasy, czuliśmy, że mamy nad nią przewagę. Zaczęliśmy się z niej śmiać i patrzeć jak na jakiegoś głąba, tylko żeby poczuła się skrępowana, bawiło nas to, ona natychmiast ucichła i siadła na swoje miejsce. Tak było na kolejnej informatyce... i kolejnej... W pewnym momencie w ogóle przestała się odzywać, a jak chciała, to natychmiast ją uciszaliśmy, wyśmiewając się z niej. Tak było przez jakieś trzy miesiące.

Pewnego dnia niespodziewany apel, dyrektor zwołał nas, żeby przekazać nam wiadomość: Karina (załóżmy, że tak miała na imię) powiesiła się. Nie mogła znieść ogólnej biedy rodziców, samotności w obcym kraju i gnębienia na tle rasistowskim.
Nigdy nie prowadzono żadnego śledztwa w tej sprawie ani nie postawiono nam zarzutów, ale sam fakt, że w pewniej mierze wraz z moimi kumplami przyczyniłem się do jej śmierci  sprawia, że mam ochotę coś sobie zrobić.

#K4u9M

Jakiś czas temu siedziałem sobie w autobusie, szary zwykły człowiek jadący na uczelnię jako student, nie mający dziewczyny i cierpiący z tego powodu. Siedział przede mną "pulchny" chłopak, niezbyt urodziwy. Moje myśli przepełniły się żalem, że on to będzie miał ciężko znaleźć jakąś bliską osobę, dziewczynę – ciężej ode mnie. Zrobiło mi się go naprawdę żal i pomyślałem, że gdyby wziął się za siebie, zaczął ćwiczyć, zmienił się, mógłby poznać dziewczynę i być szczęśliwym.
Jadąc parę przystanków z takimi myślami, podczas gdy sam mam problem ze znalezieniem drugiej połówki, oceniłem po wyglądzie gościa, którego nigdy nie znałem, wydawał mi się po prostu przegrany życiowo.

W pewnym momencie delikwent wysiadł z autobusu, a na niego czekała piękna dziewczyna, którą pocałował na powitanie i poszli w dal... a ja odjechałem dalej autobusem z takim uczuciem, że nigdy go nie zapomnę. W tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że już nigdy nikogo nie ocenię, tylko będę patrzył na swoje życie i na swoje błędy.

#VzZz9

Dzisiaj nawrzeszczał na mnie niepełnosprawny chłopak za to, że „ordynarnie się na niego gapiłam, jakby był jakimś pawianem w klatce ogrodu zoologicznego”. Świadkowie tej sceny stanęli za nim murem i zostałam nawet nazwana przez jakąś niebieskowłosą dziewczynę „uprzywilejowaną suką”. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię…

Fakt, zatrzymałam na dłużej niż chwilę wzrok. I nie, nie dlatego, że chłopak jeździł na wózku inwalidzkim, ale dlatego, że był to najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziałam i straszliwie chciałam do niego zagadać, ale wstyd zupełnie mnie sparaliżował i jedyne, co mogłam zrobić, to gapić się na niego bez słowa.

#xlClK

Pracuję w miejscu, gdzie klient nasz PAN. Dosłownie. Zdarzają się bardzo mili goście, zarówno Polacy, jak i obcokrajowcy. Ale ostatnio przydarzyła mi się sytuacja, która doprowadziła mnie pierwszy raz do szaleńczej zemsty. A mianowicie obcokrajowiec był tak chamski i wulgarny, że zwyzywał mnie od najgorszych tylko dlatego, że powiedziałam, że musi zapłacić za pobyt u nas w innym biurze. Później żądał, bym zamówiła mu taksówkę.

Zamówiłam. Najdroższą, jaką tylko znalazłam, za sam przejazd na lotnisko samochodem VIP gość zapłacił trzy moje dniówki. A rzuciłam jeszcze taksówkarzowi, by przejechał dłuższą trasą, ze względu na to, że PAN chce pozwiedzać miasto.

Satysfakcja niesamowita.

#fkeKq

Nie mam żadnych znajomych.

W sumie nie wiem dlaczego. Przeszedłem ścieżkę edukacji aż po studia, mam różne pasje, a znajomych nie mam. Jak widzę na fejsbuku to osoby z podstawówki mają ze sobą kontakt, do dziś chodzą na piwo, niektórzy weszli w formalne związki, ekipy sprzed 20 lat przetrwały. Technikum, studia, tak samo. Podczas tych lat spędzanych razem, byłem członkiem różnych paczek, miałem wtedy swoje ekipy do spędzania czasu, wspólnego wychodzenia, teksty rozumiane tylko przez nas.

Po skończeniu szkół straciłem kontakt ze wszystkimi pomimo tego, że wychodziłem z inicjatywą spotkań, sam zagadywałem i zawsze było to samo - zdzwonimy się kiedyś tam.

Z ludźmi ze starej pracy nie mam w ogóle kontaktu mimo pracy tam kilka lat. W obecnej pracy znajomi z działu chodzą prywatnie na miasto itd, nikt mi nigdy tego nie zaproponował mimo szeroko ogłaszanej istotności integracji.

Pasje również, obracam się w tematycznych kręgach, widuję ludzi, chcę z nimi nawiązać kontakt i najczęściej jestem traktowany jak powietrze. Więc mimo tego, że znam tych ludzi zawsze na spotkaniach siedzę sam. Aż odłączam się od grup i kontynuujęe swoje pasje i działania w samotności.

Jest to bardzo męczące na dłuższą metę, bo już przestaję zabiegać o jakiekolwiek znajomości. Przyzwyczaiłem się do bycia ciągle sam. Jednak dziczeję w tym wszystkim, bo najgorsze są momenty, gdy potrzebuję się do kogoś odezwać, a nie mam do kogo.

Ciekawostką jest to, że ludzie potrafią sobie o mnie przypomnieć w gorszych dla nich chwilach lub gdy mogę się do czegoś przydać. Wyczyścić laptopa, wymienić lampę w aucie, podłączyć kuchenkę. Poza tymi chwilami jestem niewidzialny. Gdyby nie bank i sprawy urzędowe równie dobrze mógłbym nie mieć telefonu, bo wg billingów do nikogo nie dzwonię i nie piszę smsów.

Byłem z tym u psychologa. Twierdzi, że wszystko ze mną w najlepszym porządku. Mam osobowość indywidualisty, ale introwertyzm jest wykluczony. Zresztą, pracuję z ludźmi, klientami, mam klientów którzy lubią ze mną pracować.

Tak siedzę i rozmyślam, znów gadając do mojego kota jak mi minął dzień.

#GTCuV

Mimo tego iż szef mnie zwolnił, to nadal dostaję telefony i SMS-y od ludzi z firmy, w tym od szefa. Pytają się mnie o różne rzeczy związane z realizowanymi projektami, a ja odsyłam do innych lub udzielam wymijających odpowiedzi typu "Przecież to Karol miał zrobić, Anka mówiła, że przecież mamy jeszcze tydzień, czekam na info od Maćka, no przecież wysłałem Piotrkowi".

To już pół roku, a nikt się jeszcze nie połapał. Szkoda, że wynagrodzenie nie przychodzi.

#LgDuT

Kojarzycie takie wyrażenie, jak „second hand embarrassment”? To przykre uczucie, które można by nazwać zażenowaniem w czyimś imieniu. Na przykład, kiedy komuś przydarzy się coś tak bardzo przykrego, że nawet my, osoby stojące z boku, czujemy wstyd. Raz w życiu miałem taką sytuację.

Było to trzy lata temu, gdy pracowałem jeszcze w dużej korporacji. Miałem tam kilku znajomych, wśród których był Patryk – przemiły, nieco fajtłapowaty miłośnik nowej technologii (a przy okazji bajek anime i komiksów). Chłopak ten co i rusz montował w swoim domu jakieś nowe udogodnienia. Raz był to czujnik ruchu, innym razem gadająca lodówka czy odkurzacz typu Rumba, który to regularnie klinował się między nogami od krzeseł.

Pewnego dnia Patryk przyszedł do firmy i oznajmił, że założył pełny monitoring swojej chaty. „Odtąd będąc na urlopie, w każdej chwili, za pomocą komórki, mogę podejrzeć co się dzieje w moim domu! Zobaczcie sami” – rzekł Patryk, a następnie odpalił aplikację w swoim smartfonie i rozpoczął demonstrację, podczas gdy wokół jego biurka gromadziło się coraz więcej pracowników naszego działu. „O, tutaj na przykład widzimy przedpokój, a tutaj mamy widoczek na salon... Wybaczcie bałagan, żona przed pracą zawsze zostawia mi taki burdel. A teraz, cyk i widzimy mój pokój. No i na koniec jeszcze sypialnia…” - to mówiąc, przesunął palcem po wyświetlaczu, a oczom naszej kilkunastoosobowej grupy ukazało się łóżko, na którym pulchna pani odbywała seksualny stosunek „na pieska” z jakimś długowłosym brodaczem. Patryk z wrzaskiem wyłączył komórkę i wybiegł z biura.
To był ostatni dzień, kiedy go widzieliśmy. Nie odbierał telefonów od nas ani nie odpisywał na maile. Zniknął bez śladu.

Chłopie, jeśli to czytasz, to wiedz, że jesteśmy z Tobą całym sercem i mamy szczerą nadzieję, że Twoją – pewnie byłą już – małżonkę dopadła karma!

#VI5GN

Moja praca wygląda tak, że ciągle do niej dokładam. Nie tylko ja z resztą. Jeżdżę na własny koszt, przynoszę żarcie na własny koszt, dekoracje, rzeczy do zabawy kreatywnej, typu wypalarka, taker, drewno, kleje, wstążki, brokaty - wszystko za moje prywatne pieniądze.

Chodzę na zebrania, do lekarzy, odbieram telefony - w czasie prywatnym. Zakupy dla dzieci? W czasie prywatnym. Najgorzej, że MUSZĘ używać swojego prywatnego telefonu do kontaktów z lekarzami, z rodzicami, hurtowniami, kierowcami, wychowawcami, szkołami, bo co prawda mamy w placówce telefon... STACJONARNY, ale rachunki wychodzą zbyt wysokie, więc mamy Z A K A Z dzwonienia z niego na numery komórkowe. Oj tam, pani dyrektor nie przeczytała wyraźnie umowy, no trudno, może za rok się to zmieni. Może. A może i nie.

Moja wychowanka, oficjalnie przypisana do mnie, mieszka w internacie na obrzeżach miasta. Droga autobusem to ok 20-30 min w jedną stronę. Częściej jeżdżę swoim samochodem, bo jest po prostu wygodniej i szybciej, oczywiście gdy trzeba coś załatwić to w czasie prywatnym. Udało mi się dosłownie wyszarpać ostatnie miejsce na obóz rehabilitacyjny, tani jak barszcz, bo dofinansowywany, z którego moja wychowanka może skorzystać, być może obóz jej pomoże. Udało mi się to w czwartek wieczorem. W piątek, chociaż zaczynałam dopiero o 12, pojechałam do szkoły wychowanki, aby podpisała mi podanie o wypłatę jej 500+ właśnie na opłatę za obóz. Podpisała, zaniosłam pismo do dyrekcji. Co ważne, jest to DOKŁADNIE takie samo pismo, jakie składałam już wiele razy, i zawsze były akceptowane. Tym razem dyrekcja (z którą nie żyję w zgodzie) odrzuciła pismo, bo zamiast "markowych ubrań", napisałam po prostu "ubrań". Wiadomo, dzieci rosną, trzeba dokupić kilka rzeczy na okres jesienno zimowy, oraz oczywiście opłacić obóz. Pismo odrzucone, bo źle napisane. O 15-tej tego dnia kończyłam pracę, więc z dzieckiem z internatu się nie widziałam, zatem nie mogło podpisać nowego podania. Podobnie dyrekcja kończy pracę o 15, więc nawet jeśli dziewczynka podanie by podpisała, to nie było szans, aby je dostarczyć tego samego dnia.

Przypominam, że to był piątek. Tego samego dnia wieczorem dostaję informację, że na poniedziałek rano mam dostarczyć pieniądze za obóz.
Oczywiście zwróciłam się z tym problemem do dyrekcji, co mam zrobić.
Dostałam opierdol, dlaczego nie złożyłam podania na czas?! Tłumaczę jej, że w czwartek wieczorem dziecko dostało się na listę, a w piątek byłam u niej z podaniem, które odrzuciła z powodu braku dopisku "markowych", a potem skończyłyśmy obie pracę, nie widziałam się z dzieckiem, więc halo, ale jak?
Co na to moja dyrekcja?
NO TO ZAPŁACISZ ZE SWOICH, A MY CI ODDAMY.
Ostatnia pensja była 30 września i zwyczajnie NIE MAM tyle, żeby zapłacić ze swoich.
Wg dyrekcji mam się zapożyczyć na ponad tysiąc zł, a placówka mi "odda"... Kiedyś.

#f4Xmy

Zacznijmy od tego, że z żoną nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic, więc jedno znało hasło do telefonu drugiego. Dwa lata temu wzięliśmy ślub. Zainspirowany pewną bajką postanowiłem, że przykleję na jedną z gałęzi naszego drzewa ogrodzie liść.

Kiedy już to zrobiłem powiedziałem jej, że nasza miłość przetrwa tak długo, aż ostatni liść nie spadnie z drzewa. Wczoraj kiedy jedliśmy obiad, wiatr mocno zawiał i zerwał liść. Uśmiechnąłem się do mojej lubej i powiedziałem "Ale to chyba jeszcze nie ten czas, co?", po czym wziąłem jej telefon, który leżał na stole ponieważ chciałem sprawdzić, czy jutro też będzie tak wiało. Szkoda, że miała akurat otwartą konwersację z kochankiem.
Dodaj anonimowe wyznanie