#SQ0hr

Niedawno zostałam matką bliźniąt :)
Bardzo chcieliśmy, żeby ich imiona kojarzone były z jakąś znaną parą. I tak:
- Jaś i Małgosia... za popularne
- Adam i Ewa... za poważne
- Brad i Angelina... za kontrowersyjne
Mój mąż rzucił ze śmiechem:
- Ech, nigdy się nie zdecydujemy. Brajan i Dżesika będzie najlepsze :D
Mi tylko zaświeciły się oczy...

Jesteśmy wyrodnymi rodzicami. Właśnie patrzę, jak Janusz i Grażyna słodko śpią :)

#ER3Yk

Historia mojego wujka do dziś stanowi dla mnie inspirację. Nigdy nie spotkałem człowieka, który tak mocno kochałby drugą osobę.

Wujek umarł w wieku 84 lat. Nigdy nie miał żony i dzieci. Nikt nie rozumiał, dlaczego tak przystojny mężczyzna wybrał samotne życie. Panny zabijały się o niego, każda go chciała. A on je odtrącał. Dopiero po wielu latach rodzina poznała powód.

Przed wojną wujek wyjechał do Szczecina za pracą. Poznał tam kobietę, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Była jego pierwszą miłością, wujek był tradycjonalistą, więc jak się zakochał, to tak jak łabędź - na całe życie. Mieli z Alicją wielkie plany, chciał jej przedstawić swoich rodziców. Niestety nastała wojna, wujek zmuszony był iść do wojska. Utracił kontakt z Alicją, kiedyś nie było telefonów, a gdy wojna dobiegła końca, okazało się, że rodzina Alicji nie mieszka już w Szczecinie.

Wujek szukał Alicji przez całe życie. Na próżno, nie było po niej śladu. Zestarzał się w samotności, stał się zgryźliwy, był takim członkiem rodziny, którego wypadało zaprosić na urodziny i Boże Narodzenie, ale poza tym nikt nie chciał z nim utrzymywać kontaktu.

Odwiedziłem kiedyś wujka w szpitalu, był bardzo schorowany, zapalenie płuc. Na stoliku przy jego łóżku stało zdjęcie tej kobiety, Alicji. Była wprost przepiękna. Wujek obudził się na chwilę i opowiedział mi tę historię. Zrobiło mi się go żal, więc gdy spał, zabrałem zdjęcie i postanowiłem odnaleźć Alicję.

Wynająłem trzech prywatnych detektywów, odnalezienie rodziny Alicji nie było łatwe, ale jeździłem po całej Polsce, modląc się, by wujek wyzdrowiał. Wreszcie mi się udało, spotkałem się z siostrzenicą Alicji, która popłakała się, gdy powiedziałem jej o moim wujku. Natychmiast przyjechała ze mną do szpitala.

Rozmawiali przez dwie godziny. Pani Katarzyna opowiedziała mojemu wujkowi historię ciotki Alicji. Okazało się, że nigdy nie wyszła za mąż i nie miała dzieci. Była zamkniętą w sobie, zimną kobietą, którą rodzina uważała za dziwaczkę. Na starość zachorowała na Alzheimera, zaczęła tracić pamięć, nikogo nie poznawała.

Poza nim. Całymi dniami przesiadywała w ganku przy oknie i powtarzała, że któregoś dnia Tadeusz przyjdzie po nią z bukietem czerwonych róż, jak to zawsze robił. Tylko on trzymał ją przy życiu. Na wspomnienie o Tadeuszu, jej oczy szkliły się, a na policzkach pojawiały się rumieńce. Nikt nie wiedział, kim był Tadeusz, ale wszyscy wiedzieli, że był miłością jej życia.

Słysząc to, mój wujek popłakał się. Ona też na niego czekała, a on ją zawiódł. Okazało się, że rodzina Alicji wyprowadziła się do Australii.
- Ciotka podobno bardzo protestowała, ale nie miała wyboru.
Wujek zmarł tej samej nocy. Odszedł z uśmiechem na twarzy, przyciskając do piersi portret Alicji. Choć nie było im dane przeżyć życia razem, zawsze była w jego sercu, a on w jej. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

#hBs4Y

Z początku od razu ostrzegam Was, że będzie historia, w którą do dziś jest mi trudno uwierzyć i wspominam ją z dużym podziwem. Otóż  mieszkam w niewielkim miasteczku (15-20 tys. mieszkańców), a moja droga do pracy opiera się na wejściu w samochód, dojechaniu do ulubionego marketu po trochę prowiantu i jadąc po zakupach przez kilka kilometrów krajową docieram do warsztatu.

Pracuję codziennie, więc przy markecie jestem dzień w dzień. Zawsze przed wejściem koczują tam mężczyźni proszący często o jakiegoś piątaka na chleb. Jest ich raptem trzech, czasem może czterech. Rozmawiałem sobie kiedyś z nimi i dowiedziałem się, że ich zakład pracy się spalił, a oni po całej akcji śpią i żebrzą pod sklepem, przy okazji szukając pracy i tułając się na zmianę po punktach PUP. Nie zarabiam wiele i nie każdemu chleb kupię, bo zwyczajnie mnie nie stać, tak każdemu z facetów dam zawsze po złociszu, by mieli bochenek "na spółę" i nic się nie zmarnowało. Sam schemat sytuacji trwa już dobre kilka miesięcy, co dzień, dlatego zdziwiłem się, gdy panów nie było jeden dzień, potem drugi, trzeci, w końcu tydzień. Obawiałem się o to, że może zachorowali, może gdzieś wyjechali albo coś im się stało. Jednak moje wątpliwości zostały rozwiane po ok. miesiącu od braku obecności tych osób pod marketem.

Wsiadając do auta po zrobionych zakupach zauważyłem kopertę pod wycieraczką. Otwierając ją, moim oczom ukazał się list i 400 złotych. Z jednej strony wiecie, cieszyłem się, bo zawsze dodatkowe pieniądze to jest coś i na pewno się przyda, ale nie potrafiłem dopuścić do siebie myśli, że ktoś dał mi ot tak 400 złotych w kopercie. Wymyślałem na szybko w głowie cokolwiek, by jakoś racjonalnie to wytłumaczyć, dopóki nie sięgnąłem po list.

Jak już pewnie większość czytelników się domyśla, list podpisany był przez owych trzech panów, a jego zawartość to; "Drogi towarzyszu, od dłuższego czasu przeznaczałeś swoje pieniądze na to, byśmy nie padli z głodu. W końcu, gdy załapaliśmy pracę w fabryce w *nazwa miejscowości oddalona od mojego miejsca zamieszkania o ok.20 km* i dostaliśmy pierwszą wypłatę, postanowiliśmy podzielić się nią z Tobą, tak jak Ty robiłeś to przez ostatnie długie miesiące z nami. Dziękujemy i szczęścia życzymy".
Przyznaję, łzy napłynęły mi do oczu i po pracy migiem pojechałem do wyżej wymienionej fabryki, by panom za ową przysługę podziękować, bo kwoty przyjąć nie chcieli w żadnym wypadku. Skumplowaliśmy się i zyskałem naprawdę pokaźną lekcję życia odnośnie pomagania innym choćby tą śmieszną kwotą trzech złotych, która dla kogoś innego może być wynagrodzeniem za cały dzień spędzony pod sklepem żebrząc. Dlatego pozdrawiam wszystkich Anonimowych i rada na przyszłość: jak wiecie, że ktoś naprawdę potrzebuje pomocy, to pomagajcie :)

#k3x0n

Historia wydarzyła się kilka minut temu. Wyszłam z moim pieskiem na podwórko. Jest mała i strasznie boi się do kogokolwiek podejść, ale strasznie ujada na nieznajomych. Więc bawiłam się z nią i wyszło okropne młode babsko, które znam z widzenia. Młoda brunetka. Jako że to nieznajoma, Nuka od razu pobiegła, żeby poszczekać. 

To co usłyszałam od tej baby prawie wyprowadziło mnie z równowagi. Brzmiało to tak "Wynoś się, bo cię kopnę. A jak cię kopnę, to zdechniesz". Ja oszołomiona myślałam, że to ja ją kopne. Naprawdę powoli tracę wiarę w ludzkość.

#djwGR

Ludzie dziwią się, że mimo stosunkowo młodego wieku jestem przeciwnikiem małżeństwa i nie szukam żony. Gdyby znali moją historię, pewnie by się tak nie dziwili.

Miałem firmę po ojcu, nic spektakularnego, przyzwoity zakład kamieniarski, zakład pogrzebowy i kilka innych spółek. Ciężko na to wraz z ojcem pracowałem.

Kilka lat temu poznałem pewną dziewczynę i byłem święcie przekonany, że znalazłem miłość swojego życia. Błyskawiczny ślub, dziecko jeszcze szybciej, byłem szczęśliwy. Niestety moja żona szybko po urodzeniu potomka zaczęła mieć tzw. swoje sprawy. Miałem pewne podejrzenia, które ku mojej rozpaczy się potwierdziły, więc wkurzony na max po złapaniu żony na zdradzie wystąpiłem o rozwód. Co ciekawe, ona szybko na to przystała, nawet nie była zła, a wkrótce okazało się dlaczego - otóż nagle wystąpiła z roszczeniem o połowę majątku... Zdziwiła się mocno, gdy okazało się, że nie ma tak lekko i wszystko co uzyskałem i posiadałem przed ślubem należy do mnie. Jak to wyszło, to miłość mojego życia nagle trochę otrzeźwiała i stwierdziła, że popełniła TAKI WIELKI BŁĄD i w ogóle to ona mnie kocha na zabój... No cóż, nauczony doświadczeniem olałem temat i dociągnąłem sprawę rozwodu praktycznie do końca.

Najlepsze, że na koniec okazało się, że dziecko też nie jest moje, tylko kochanka... Co najbardziej popieprzone, mimo że to nie moje dziecko, od trzech lat muszę na nie płacić alimenty. Sprawa za sprawą w sądzie i co sędzia, to pieprzy coś od rzeczy, że dziecko ma swoje prawa i mimo że nie jestem jego biologicznym ojcem, muszę na nie płacić.

No cóż, skończyło się na tym, że przepisałem biznesy na resztę rodziny i płacę dziś symbolicznie 250 zł na nie moje dziecko. I tak jakoś unikam związków i kobiet.

#zvacp

Mam koleżankę Kasię, znamy się od liceum i utrzymujemy ze sobą kontakt. Nie są to częste wizyty czy telefony, średnio raz na dwa miesiące, aby sobie poplotkować. Relację mamy na tyle dobrą, że gadamy o wszystkim, nawet o związkowych kryzysach.

Ostatnio Kasia miała problemy z chłopakiem i zostawiła go z dnia na dzień. Jeszcze szybciej spakowała manatki i wyruszyła do wielkiego miasta, czyli do mnie. Twierdzi, że tylko tutaj ma przyszłość.

Ogólnie to siedzi u mnie i u mojego chłopaka już piąty tydzień, bo szuka pracy idealnej. Kasia nie ma studiów, nie ma matury, a na jej świadectwie najwyższa ocena to trzy z religii. Przedtem pracowała w sklepie. Tutaj chce co najmniej kierownicze stanowisko i pensję minimum 3000 zł na rękę, bo w końcu to miasto wojewódzkie. Miała u nas przekimać przez tydzień (sami mamy malutkie mieszkanko i nam ciasno), a siedzi przez cały czas i nie zanosi się, aby chciała podjąć jakąś pracę i się wyprowadzić. Zakupy zrobiła tylko raz i to dla siebie, bo nie było jogurtów. Nie sprząta po sobie ani nawet nie ugotuje obiadu. Wszędzie z nami łazi, schlewa się i opowiada, że tęskni za byłym. Ale na drugi dzień już mówi, że nie chce z nim być, bo typ mieszka z matką (na ponad 100 m2), a ona się nie godzi na to, żeby mieszkać z teściową.

Przyznaję, że przez cały czas byłam totalnie nieświadoma, jak bardzo Kasia się zmieniła. Nigdy nie błyskała inteligencją, ale była w porządku, taka dziewczyna do tańca i do różańca. Teraz wiem, że po prostu w dupie jej się poprzewracało.

Próbowaliśmy ją usunąć z mieszkania. Po dwóch tygodniach proszenia i aluzji po prosu spakowałam jej manatki i kazałam szukać innego sponsora. To na nic. Potem stała pod blokiem, wydzwaniała domofonem, aż w końcu chłopak się zlitował i ją wpuścił. A teraz nie chce już wyjść.

Ostatecznie zadzwoniłam do jej chłopaka, mówiąc, że Kasia strasznie za nim tęskni i ma przyjechać. Zabrał ją na spacer, a my w tym czasie spakowaliśmy ją i zostawiliśmy jej ciuchy przed mieszkaniem. Przy chłopaku chyba głupio jej było robić taki cyrk i ostatecznie odjechali razem w siną dal.
Od razu też dostałam SMS-a "Dzięki za nic".
Kasiu, jeśli to czytasz, to nie ma za co.

#WzonZ

Niedawno przyjechałem w rodzinne strony, do Poznania. Spotkałem się na piwku z kumplami, fajnie było, postanowiliśmy się przejść. Lekko podpici, wesoło tuptamy sobie Starym Rynkiem.
Nagle widzimy jego... Nasz stary znajomy, Precel! Podbiegamy od tyłu do kurdupla, bierzemy go we trzech na ręce i z bananami na ryjach krzyczymy "Preclu, kochany nasz, tęskniliśmy!".
Wtedy ogarniamy, że... to nie Precel. Przerażony facet patrzy po nas. Jeden pali buraka, dwóch pozostałych głupio rży ze śmiechu.
Odstawiliśmy biedaka na ziemię, grzecznie przeprosiliśmy.
Z jego perspektywy też musiało to nieźle wyglądać: trzech wielkich brodaczy podniosło jego, małego nieszczęśnika, i nazwało Preclem.

Przepraszamy, prawie Preclu.

#cFHH0

W gorące noce kładłam się bez niczego na zimnej pościeli, okna otwierałam na max i chłodziłam tak swoje ciało. Tamtej feralnej nocy zrobiłam to samo.

Ze snu wyrwało mnie bolesne szarpanie w okolicach podbrzusza... Wszystko działo się bardzo szybko. Spanikowałam i zaczęłam krzyczeć. Było ciemno, więc wstałam i chciałam zapalić światło, lecz mama była szybsza. Wbiegła do pokoju, zapaliła światło i zobaczyła swoją córkę, która stoi rozkraczona z bardzo mocno wplątanym nietoperzem.
Same nie potrafiłyśmy go uwolnić, więc ubrałam jakąś zwiewną, letnią sukienkę i pojechałyśmy do szpitala.
Widok płaczącej dziewczyny nie zrobił wrażenia, ale piski i dziko ruszająca się sukienka w okolicach bikini wprawiała w zdziwienie.
Lekarzy rozrywało ze śmiechu, gdy mnie ratowali.
Ostatecznie: nietoperz został uwolniony, a ja zostałam dwa dni w szpitalu z podrapaną kobiecością, ogromnym wstydem i ksywką "nietoperek".

#2ZirG

Gdy miałam 8 lat, na Dzień Dziecka dostałam od rodziców zabawkowy zestaw do makijażu. Składał się z kolorowych cieni do powiek i prawie bezbarwnych pomadek do ust. Ucieszona ja postanowiłam od razu go wypróbować. Umalowana poleciałam pochwalić się rodzicom. Mój  tata spojrzał na mnie z obrzydzoną miną i skomentował "wyglądasz jak dziwka".

Nie przeprosił, nigdy nie przeprasza, chociaż byłoby za co. A ja do tej pory czuję się jak idiotka w jakimkolwiek makijażu.
Dodaj anonimowe wyznanie