#OKfZm

Nigdy nikomu się do tego nie przyznam, ale dawno temu miałam wyraźne obawy, że jestem alkoholiczką. Miałam trudny moment w życiu i odkryłam, że alkohol pozornie mi pomaga, pozwala na trochę odetchnąć od problemów i tego ciągłego smutku.
Problemy udało się rozwiązać, ale zamiłowanie do alkoholu zostało.

Potrafiłam dziennie wypić butelkę wina, od czasu do czasu kilka piw plus imprezy. Przyszedł taki moment, że naprawdę zaczęłam się obawiać tego, że jestem chora. Wszystko układało się dobrze, miałam super faceta (teraz już męża), a ja i tak lubiłam spędzać wieczory z winem. Przestraszyłam się, bo zauważyłam, że traktuję alkohol jak znieczulacz. Potrafiłam wypić np. przed wizytą znajomych, która mnie z jakiegoś powodu stresowała. Szukałam okazji do picia i niestety traciłam nad tym kontrolę. Najczęściej piłam codziennie, najrzadziej co kilka dni. Męczył mnie kac, jak naprawdę przegięłam, ale za bardzo lubiłam to uczucie upojenia. Byłam tak dobra w kamuflażu, że nikt nawet nie domyślał się, że coś może być nie tak.

Przełom nastąpił, kiedy zaczęłam podejrzewać, że jestem w ciąży. Nie odpychało mnie od alkoholu, ale zwyczajne zaczęłam odmawiać i o dziwo nie był to dla mnie problem. Moje podejrzenia się potwierdziły i oczywiste było to, że alkohol muszę wykluczyć na długo. Nie stanowiło dla mnie żadnego problemu to, że inni przy mnie pili. Nie wspomnę o tym, jak cudownie poprawiły mi się wyniki badań krwi, jeśli chodzi o wątrobę. Teraz mówię, że dziecko okazało się lekarstwem.

#5EPzv

Przypomniało mi się przy okazji wyznania o młodszej siostrze i starszych braciach, którzy młodą nastraszyli ;)

Moja mama pożyczyła od znajomej bardzo realistyczną maskę starego mężczyzny, wiecie, pełno bruzd, worki pod oczami, garb na nosie. Naprawdę przerażająca. Tata postanowił sobie popiwkować z kolegą, no to mama miała idealną sytuację na nastraszenie go. Tatuś zasnął, mama zapaliła w sypialni świece, założyła jego białą koszulę, włączyła muzykę, delikatną, ale rodem z horroru. I zaczęło się przedstawienie.

Zmienionym, niskim głosem "Paweł, Paweł, już czas" i szturcha go w ramię.
Ten otworzył oczy i niczym Tom od Jerry'ego uniósł się nad łóżko, spadł obok i zaczął krzyczeć. Mamusia dłużej nie mogła wytrzymać ze śmiechu, zdjęła maskę. Wtedy stało się to - mega foch, dwa tygodnie ciszy i jedzenie na mieście.

Nie dość, ze miała niezły ubaw, to i obiadów gotować nie musiała ;)

#OI4Jq

Kiedyś w liceum miałam... ciekawego nauczyciela polskiego. Wybitnie konserwatywny, homofobiczny katolik, który zawsze mówił, że homoseksualizm to zjawisko występujące jedynie w patologicznych rodzinach, gdzie rodzice nie dają dobrego przykładu zdrowych relacji.

Cóż, nie wie, że od kilku lat chodzę z jego córką.

#4SdvM

Jestem ucieleśnieniem wszystkich żartów o „babie za kierownicą”. Jeżdżę ślimaczym tempem (lepiej tak niż łamać przepisy!), mam wolny refleks, no i nie umiem parkować (ostatnio jacyś chłopcy nagrywali komórkami moje wysiłki na parkingu, więc możliwe, że jestem już memem). Założę się, że znacie takie przypadki jak ja, ale jestem też pewna, że żadna z waszych koleżanek nie może pochwalić się tak szalonym wyczynem, jak potrącenie... samej siebie.

Mnie się to udało. Dzisiaj. Zapomniałam zaciągnąć ręczny hamulec i samochód stoczył się wprost na mnie, gdy tylko otworzyłam bagażnik, aby wyładować zakupy.

#2X36J

Ostatnio miałem taką sytuację, że wylądowałem w szpitalu. Ogólnie nic poważnego, ale czekała mnie operacja laryngologiczna, głównie nos i zatoki. Przyjęty zostałem w sobotę, w poniedziałek miałem mieć zabieg, wszystko spoko, na sali jeszcze było 2 starszych panów. W poniedziałek po zabiegu wróciłem na salę, pół twarzy w opatrunkach, nos boli jak cholera, innymi słowy obraz nędzy i rozpaczy. Co ciekawe, na sali byłem sam, panowie zostali przeniesieni na jakiś inny oddział czy coś w tym stylu.

Noc z poniedziałku na wtorek była jednym z gorszych przeżyć, jakie doświadczyłem w życiu. We wtorek do mnie do sali dorzucili kilku facetów, którzy we środę mieli być krojeni. Co ważne, w środę miałem dostać też wypis ze szpitala. Wśród tych nowych był chłopak, kilka lat starszy ode mnie, około 26 lat miał. Przyjechał z dziewczyną, to, że była nadopiekuńcza, to mało powiedziane, włączył jej się syndrom mamusi. Typkowi to nie przeszkadzało, ale widać było, że momentami ma jej dosyć. Kiedy tylko dziewczyna dawała mu chwilę spokoju, próbował z nami nawiązać rozmowę.

Pogadałem sobie z nim trochę, jako że mieliśmy najbliżej do siebie, łóżka stały jedno obok drugiego. Luźne tematy w stylu co studiujesz, skąd jesteś, jaką operację miałeś etc. Niechcący podczas tych rozmów wygadałem się, że nie mogę się śmiać, że nawet lekki uśmiech powoduje u mnie ból.

Typek wziął to sobie do serca i bez przerwy próbował mnie rozśmieszyć, opowiadał dowcipy, pokazywał mi śmieszne obrazki z internetu, ogółem starał się jak mógł. Szło mu to opornie, nie powiem, nie ze względu na to, że nie było śmieszne, tylko ze względu na to, że mi nie było do śmiechu ani trochę.

Tak minął wtorek, w środę ja mam być wypisany około 11, a on miał mieć zabieg jakoś o 10. Pobudka o 6, jak to w szpitalach, pielęgniarka weszła, huknęła drzwiami i zaczęła mierzyć wszystkim temperaturę. Chwilę później, bo po obchodzie, czyli około 8, przyszła dziewczyna typka, usiadła obok niego i znowu zaczęła mamusiować.

Nagle zadzwonił do niego telefon, typek przez jakieś dwie minuty rozmowy mówił tylko "No nie gadaj", "No nie mów", "Ej, stary, no weź nie gadaj" i w ten deseń cały czas. Skończył rozmawiać, dziewczyna pyta się go kto dzwonił, a on ze śmiertelną powagą patrząc mi w oczy rzucił "Nie powiedział".

Jak parsknąłem śmiechem, to pielęgniarka musiała mi cały opatrunek zmieniać, bo tak szybko przesiąkał krwią, typek był szczęśliwy jakby ktoś ogłosił wcześniejszą gwiazdkę, a jego dziewczyna zgorszona tą dziecinadą wstała i wyszła.

Ogólnie to jeśli to czytasz, mordo, to wiedz, że śmieję się z tego już cały tydzień :D

#ldgEF

W moim miejscu pracy miałem swoje stanowisko przy oknie sąsiadującym z zakładem karnym. Któregoś dnia przyszła moja koleżanka z pokoju obok, taka 7/10, i coś szarpała się z kserem (było lato, więc okno otwarte na oścież). Gdy pochyliła się przy kserze, wypinając się w kierunku okna, u "sąsiadów" rozległ się wrzask. Jeden odważniejszy zaczął wykrzykiwać co by z nią zrobił i na ile sposobów zaspokoił. Na co ona podeszła spokojnie do okna i zapytała:
- A kiedy wychodzisz? Bo ja o 15.

#9yznN

Historia miała miejsce około północy, gdy moja mama wracała z pracy rowerem.

W miejscowości, przez którą przejeżdżała znajdują się dwa cmentarze, które odgradza droga.

Nagle zatrzymuje się koło niej samochód, szyba się uchyla i mężczyzna pyta się "A pani to się tak nie boi sama o północy jechać tym rowerem?".
Moja mama, jak to ona, z serdecznym uśmiechem i stoickim spokojem odpowiada "Jak żyłam, to się bałam, teraz już nie".

No cóż... zaskoczenie oraz przerażenie malujące się na twarzy mężczyzny podobno bezcenne :')

#HESHP

Hej, jestem Jagoda i mam 17 lat. Mieszkam na stałe w Anglii z mamą i psem, a właściwie od niedawna jeszcze z tatą. Moi rodzice są kochającym małżeństwem, ale dopiero od 2 tygodni po 5-letniej przerwie mieszkają razem. Dlaczego?

Mój tato dopiero wyszedł z więzienia. Teraz pomyślicie sobie, no tak pewnie czymś handlował albo kradł. Nic z tych rzeczy.

Zacznijmy od początku. 7 lat temu mieszkaliśmy na osiedlu domków jednorodzinnych, spokojne, ciche miejsce gdzie każdy każdego zna i pomaga w miarę możliwości. Tak było i tego pamiętnego dnia. Moi rodzice zostali zaproszeni na urodziny jednej ze znajomych mamy z pracy a ja miałam iść do sąsiadów, którzy mieli młodszą ode mnie 2 lata córeczkę (ja miałam wtedy 10 lat a ona 8). Uwielbiałam tam chodzić, bo oboje byli tacy wyluzowani i w ogóle pozwalali na więcej niż moi rodzice.

Godzina 22 pewnie troszkę po, moja towarzyszka zabaw zasnęła na bajce a ja nadal nie zmęczona poszłam poszukać czegoś do jedzenia. W kuchni przy stole siedział jej tata i robił coś w laptopie a gdy mnie zobaczył szybko go zamknął i spytał czemu nie śpię. Gdy odpowiedziałam że jestem głodna powiedział że zrobi mi kanapki a ja mam iść usiąść na taras (drzwi były akurat otwarte bo było lato). Podchodząc do mnie z kanapkami zatrzasnął drzwi i usiadł koło mnie i patrzył jak jem. Gdy chciałam już wrócić do domu przytrzymał mnie i co tu dużo opowiadać...zgwałcił mnie. Nie będę teraz wchodzić w szczegóły bo po tylu latach nadal wspomnienia są świeże.

Tak czy inaczej moja mama akurat wysiadała z auta i nie wiem to był chyba jakiś cud że akurat wtedy wrócili moi rodzice (ponoć mama źle się poczuła i wrócili wcześniej).

Mama razem z sąsiadką zabrały mnie do domu i dzwonić na policje a tata widząc co się stało i będąc po paru piwach (i w tym miejscu proszę nie oceniajcie mojego taty) rzucił sąsiada na płot i zaczął bić, a gdy ten nie mógł wstać włożył mu w tyłek kawałek kija leżącego gdzieś na trawie ze słowami "i co przyjemnie?". W tym momencie przybiegła mama i zaczęła odciągać tatę i pewnie gdyby nie ona to pewnie by go zabił.

Tak więc przechodząc do zakończenia mój gwałciciel dostał 8 lat więzienia a mój tata żeby było śmieszniej 7 za brutalne pobicie, zgwałcenie!? i spowodowanie trwałego uszczerbku na zdrowiu. Wyszedł po 5 na wniosek adwokata. Wszystko w obronie 10-letniej córeczki. Well done prawo, well done.

#Oryry

Anonimowe, bo raczej nieakceptowalne społecznie.

Nienawidzę się czymkolwiek dzielić.
Mam tak chyba już od dzieciństwa. Pamiętam, że już kiedy w piaskownicy słyszałam od babci (rodzice na szczęście tak nie robili) "Podziel się z kolegą foremką", to byłam autentycznie wściekła. Koleżankom nigdy nie pozwalałam pożyczyć sobie żadnej zabawki do domu, nawet jeśli wiedziałam, że oddadzą, mogły bawić się nimi tylko u mnie, a i to nie zawsze, bo część ulubionych zabawek zawsze chowałam przed przyjściem gości. Nie ze strachu przed ich zniszczeniem, po prostu żeby się nie dzielić. Z siostrą nigdy nie miałyśmy nic wspólnego, każda miała swoje zabawki, których drugiej nie wolno było ruszać, często w domu były dwa egzemplarze tego samego, jeden mój, drugi jej. Każda miała też własny pokój, do którego druga mogła wchodzić tylko kiedy chciałyśmy bawić się razem, w innym wypadku absolutnie nie. Nawiasem mówiąc, wiem, że może to tak nie brzmi, ale naprawdę się lubiłyśmy, a dziś jesteśmy przyjaciółkami.

Można by pomyśleć, że to nic szczególnego, wiele dzieci tak się zachowuje. Z tym że mi to zostało. Wolę wyrzucić ubrania niż dać na zbiórkę odzieży, bo wkurza mnie, że ktoś za darmo mógłby mieć coś mojego. Nigdy nie płacę ani grosza na żadne zbiórki dla chorych dzieci czy w ogóle na akcje charytatywne dedykowane ludziom. Czasem, chociaż nie jakoś często, zdarzy mi się wpłacić na zwierzęta. Nie, nie uważam, że "zwierzontka dobre, ludzie zue", po prostu irytuje mnie, że ktoś miałby mieć coś "za moje". Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Szalenie wkurza mnie też fakt, że istnieją jakiekolwiek dodatki socjalne dla kogokolwiek i to, że ja muszę się do nich dokładać. Nawet jeśli grupa, dla której są przeznaczone, naprawdę ich potrzebuje, dlaczego zmusza się mnie do zrzutki? Podatki na rzeczy wspólne uznaję za naturalne i nie denerwują mnie w ogóle.

Pomyślicie może, że jestem przesadnie oszczędna, ale to nieprawda. Nie żałuję drobnych, a czasem nawet większych przyjemności sobie i maciupeńkiemu gronu najbliższych osób. Zresztą to o czym mówię nie ogranicza się tylko do pieniędzy.
Nigdy nie dzielę się materiałami i notatkami na studia. Z jakiej racji ktoś ma po prostu dostać coś, nad czym pracowałam? Wyjątek stanowi małe grono, które wyjątkowo lubię, no i ludzie, którzy kiedyś wspomogli mnie, ponieważ chcę być fair.
Niezależnie od tego, co sobie myślicie, nie życzę ludziom źle. Niech mają notatki od innych bez wkładu pracy, niech domykają zbiórki. Byle bez mojego udziału. Mało co wkurza mnie tak, jak teksty typu "oddaj ubrania do kontenera PCK", "Wpłać na leczenie małej Kasi". Nie. Po prostu nie, ja się nie dzielę.

Nikt raczej o tym nie wie, ale najwyższym dowodem sympatii z mojej strony jest, gdy kupię komuś prezent, jeśli nie muszę, albo coś mu postawię.

#4c2V3

Przeczytałam właśnie wyznanie o tym, jak niedoszły chłopak jednej z anonimowiczek poszedł do seminarium. Ja miałam trochę ciekawiej...

Mój pierwszy chłopak poszedł do seminarium. Drugi do zakonu (o czym powiedział mi, jak już się tam dostał). Trzeci też poszedł do seminarium. Kiedy już zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy przypadkiem nie jest mi przeznaczony zakon, poznałam mojego męża. Jest organistą...
Dodaj anonimowe wyznanie