#uW4ft

Moja siostra miała kiedyś sporą nadwagę. Mimo tego nosiła obcisłe ciuchy i bardzo mocno ściskała się paskiem. Któregoś razu tato mówi do niej, że ścisnęła się tak mocno, że zaraz jej pasek pęknie, a siostra na to:
- No co ty, mam jeszcze luz
I pewna swego wciska palec między pasek a brzuch. Pasek pękł, a tato pękał ze śmiechu :D

#v1dXi

Kilka lat temu mama wyszła ponownie za mąż. Na początku mieszkali w jej mieszkaniu w mieście, ale A. miał swój dom na wsi, kilkaset kilometrów dalej. W końcu stwierdzili, że dość mają miastowego rumoru i wyjeżdżają (ja już wtedy mieszkałam osobno, więc nie był to dla mnie wielki problem).

Dom wielki, piętrowy, w zasadzie podzielony na dwa mieszkania. Niby wszystko pięknie i ładnie, ale w dolnej części mieszkał ojciec A. Emeryt, pijak i generalna łajza. Osobiście nigdy go nie poznałam, ale kiedykolwiek dzwoniłam na telefon stacjonarny, on odbierał i czkawkowo-pijackim bełkotem mówił "rezydencja państwa X, słucham". Taki niegroźny wiejski menelek rodem z "Rancza".

Mama i A. mieszkali w górnej części domu i starali się nie wchodzić w paradę ojcu A. Jakoś powoli życie się toczyło.

Mimo że ojciec A. żył sobie swoim życiem, a oni swoim, zaczęły się pojawiać regularne zgrzyty. Szczególnie między nim a moją mamą. A. był postawiony między młotem a kowadłem i starał się nie brać żadnej strony. W końcu tu ojciec, tu żona. Żadnego przecież z domu nie wyrzuci. Na ile mógł, próbował załagodzić sytuację, ale to nic nie dawało.

Mama coraz bardziej się na niego skarżyła. Że chleje, że syf dookoła, że siwo od dymu, że kolegów sprowadza, że awantury robi. A trzeba wiedzieć, że żeby wejść do górnej części domu, trzeba przejść przez dolną.

Któregoś razu (do tego mi się przyznała dłuuuugo po fakcie) ojciec A. po kolejnej awanturze wstał i uderzył moją mamę, po czym wrócił do picia. A. nie było wtedy w domu. Mama dostała furii, poszła na strych, wygrzebała jakieś moje stare glany i najzwyczajniej w świecie spuściła mu manto (powiało patologią, a to przecież ułożona kobieta). Cóż... nauczka podziałała (zresztą drugą nauczkę dostał od A.), więcej na nią ręki nie podniósł, ale awantury się nie skończyły. Doszło nawet do tego, że mama chciała wracać do miasta.

Któregoś dnia zadzwoniłam, ale nie odebrała. Oddzwoniła dzień później. Na pytanie "co tam słychać ciekawego?" wycedziła przez zęby "on mnie szczerze nienawidził". Miała zachrypnięty głos, jakby wyła przez całą noc.

Ojciec A. powiesił się w drzwiach do gościnnego pokoju. W takim miejscu, że gdy mama otworzyła drzwi do domu, to pierwsze co zobaczyła, to jego wiszące zwłoki. A. wyciągał zakupy z bagażnika. Krzyknęła tylko, żeby szybko przyszedł. A. był w takim szoku, że tylko stał i patrzył. Sama obcięła linkę i wytargała go na zewnątrz, ale było już za późno.

Mama do dzisiaj uważa, że albo chciał, żeby go uratowano, ale nie wyszło, albo był złośliwy do samego końca.

#RE0uN

Mam 17 lat. Nie miałam dzieciństwa. Za to miałam częste widoki najebanego ojca, który po powrocie do domu lał moją matkę i wszczynał awantury. Widziałam, jak dusił brata. Widziałam, jak rzucał się z łapami do wszystkich domowników, którzy mu zwracali uwagę na jego stan. Łaził po całym domu, wrzeszczał, przeklinał na wszystkich (w nocy też, przez co nie dawał nikomu spać), szczególnie na mamę, która rano wstawała mu naszykować jedzenie, robiła pranie itd. Nigdy nie odeszła, bo nie miała jak. Nie miała żadnej pracy, wykształcenia. Była i jest uzależniona od pijaka. W domu warunki są fatalne. Tak dorastałam. Kiedyś reagowałam płaczem, ale przywykłam z czasem i mnie już to nie rusza. Dzisiaj mnie dusił i bił, kiedy powiedziałam mu, że nasze życie tak wygląda, jak wygląda, przez niego. Zawsze się w takich sytuacjach denerwował, nie dawał dojść do słowa i groził. Często gadał, że się powiesi, jednak tego nie zrobił i nie zrobi. Ja to wiem i on też, jest zbyt wielkim tchórzem.  
Nigdy nie dałam nikomu po sobie poznać, że moje życie tak wygląda. Nigdy nikomu nie powiedziałam, gdyż wstyd mi za to. Jedyne co mnie pociesza to to, że niedługo będę się mogła wyprowadzić i żyć z dala od tego, co mnie tu spotkało.

#23Xuy

Gdy wyprowadziłam się od rodziców i zamieszkałam z moim (jeszcze wtedy przyszłym) mężem, to wzięłam sobie za punkt honoru, że zastana na parapecie w wynajmowanym mieszkaniu roślina przeżyje. Co tydzień, przez cały rok, co sobotę ją podlewałam.
Jakże się zdziwiłam, gdy rok później przy wyprowadzce mój mąż powiedział: „Może w końcu naprawią to cieknące okno... Non stop musiałem wylewać wodę z tego sztucznego kwiatka”.
Aż wstyd było się przyznać :D

#qa3Yd

Pracuję jako kelnerka w restauracji. Dzisiejszego wieczoru jeden z moich gości, mówiąc brzydko, tak zesrał się w toalecie, że ze wstydu uciekł i zostawił swoją towarzyszkę, która zmuszona była zapłacić za całą kolację.

Tego dnia była moja kolej sprzątania toalet dla gości :(

#DneM2

Czwartkowy wieczór, czyli jeszcze nie weekend, a już by się chciało spotkać z kumplami, wypić chmielowy napój i pogadać o tematach z pogranicza cycków i horrorów klasy B. Ale cóż – rano do pracy, a żona pyta, czy obejrzę z nią komedię romantyczną, bo psiapsióły świergotały, że fajna.

Nagle z rutyny wyrywa mnie wrzask telefonu. Odbieram. Dzwoni kolega.
„Grzegorz, sprawa jest. Mebel kupiłem. Śrubki jakieś. Instrukcje. Belki. Nic z tego nie rozumiem. Potrzebuję pomocy. Rano Aśka wraca od mamy. Chcę jej niespodziankę z robić. Boże najdroższy. Pomóż”.
Przyjaciołom się nie odmawia. „Sorki, kotek. Sprawa kryzysowa. Zniknę na dwie godziny. Obejrzyj sobie film. Jak wrócę, to mi streścisz, bo normalnie aż mnie telepie z ciekawości!”.

Wbijam do jego bloku. Na klatce schodowej spotykam Arka i Mirka – dwóch znajomych.
„Ciebie też wezwał? Kurczę, to jakaś ciężka sprawa!”.
Wchodzimy do mieszkania. Stoi tam Jacek i Przemek. Patrzą na środek pokoju, gdzie na dywanie leży rozpakowany z folii stolik LACK z Ikei. Cztery nóżki. Cztery śrubki. Blat.
Akcja składania mebla to 40 sekund. „Chłopaki, normalnie dzięki. Co ja bym bez was zrobił? Mam jeszcze jeden problem z lodówką. Spojrzycie?”. Gromadzimy się więc w kuchni, aby zobaczyć jak otwierają się wrota i blask lodówkowego neonu oświetla dwie pękate butelki legendarnej whiskey. „Problem jest taki, że to tego trzeba się pozbyć!”.

Żona była trochę zła, że wróciłem lekko zawiany. Wyjaśniłem, że meble składaliśmy. Chyba nie uwierzyła, ale grunt, że mi wybaczyła ten wybryk.;)

#IgczX

Przed maturą ustną z angielskiego miałam takiego stresa, że męczyła mnie potworna biegunka. Co chwila latałam do toalety i ogólnie czułam się bardzo źle.

Jako egzaminatorów mieliśmy jednego nauczyciela z naszej szkoły i jakąś babkę ze szkoły obok. W momencie wywołania mojego nazwiska grzecznie poprosiłam pana, czy mogliby mnie przesunąć o kilka miejsc w kolejce, ponieważ mam dolegliwości żołądkowe i pilnie muszę do toalety. Pan się zgodził, ale niestety babeczka miała z tym wielki problem i kazała mi szybko wchodzić, bo marnuję jej czas.
Więc weszłam, usiadłam, a mój brzuch zaczął koncert. W ogóle nie mogłam się skupić, pociłam się jak świnia. Pierwszy wyszedł niewinny pierd, a potem to już poszło z grubej rury. Zwyczajnie się zesrałam. Smród niesamowity, spodnie i krzesło całe brudne. Musieli zrobić przerwę w wywoływaniu, co zajęło im więcej czasu, niż gdyby zwyczajnie zgodzili się puścić mnie do łazienki.

Bez happy endu, bo matury nie zdałam i musiałam iść na poprawkę. Nie wiem co siedzi w głowie nauczycieli, którzy nie chcą puszczać uczniów za potrzebą.

#hU8Vb

Nie cierpię stóp.
Nie noszę sandałów ani innych butów odkrywających palce, dziwnie się czuję mierząc letnie buty w sklepie, zawsze chodzę w skarpetkach, chyba że jestem sama w domu.

W sumie nie tylko to, otóż najbardziej obrzydzają mnie niezadbane stopy starszych ludzi (przepraszam jedzących...) i brzydkie, wielkie paznokcie. Moje własne też mi się nie podobają, no ale cóż zrobię?

Seks też w skarpetkach. W sumie zwykle liczę na to, że mój luby też zostanie w swoich, "bo zimno" czy coś w tym stylu.

Wyznanie bez głębi, ale mam nadzieję, że nie tylko ja tak mam...

#NrAac

Miało to miejsce dzisiaj. Musiałem iść na pocztę, żeby wypełnić 4 druki do przelewu.

Wchodząc, poczekałem, aż pani pracująca na poczcie obsłuży staruszkę przede mną. Gdy była moja kolej, poprosiłem kulturalnie o druki, ale nie dostałem kulturalnej odpowiedzi, bo pracownica poczty zaczęła na mnie krzyczeć, że nie są za darmo i trzeba kupić bloczek za 3,50 zł. Zapomniałem portfela w domu, więc poszedłem po niego.

Zanim wyszedłem z domu, uznałem, że odpłacę jej się czymś za, kolokwialnie mówiąc, chamstwo. Zebrałem z monet jednogroszowych 3,51 zł (specjalnie nierówno, by nie myślała, że odliczona kwota) i wyszedłem.

Wchodząc na pocztę, powiedziałem, że poproszę ten bloczek i spytałem, ile kosztował.

Odpowiedziała, że 3,50 zł, więc spytałem, czy nie chce drobnych, bo mam same banknoty i może mieć problem z wydaniem. Chyba zrobiło jej się miło, że martwię się o nią, i powiedziała, że nie ma żadnego problemu i byłoby miło. Położyłem na ladzie 351 groszówek.

Niecałe 4 zł, ale mina wrednej pracownicy była bezcenna. Liczyła i liczyła, aż w końcu doszła do 3,50 zł, zostawiając grosza na ladzie. Powiedziałem do niej kompletnie poważnym głosem: „O, nawet będzie grosik reszty?”. W odpowiedzi zostałem zmiażdżony wzrokiem.

Wkurzona pani wyrwała mi bloczek z ręki, tłumacząc, gdzie co się pisze. Po wyjaśnieniach powiedziałem, że wiem, jak działają takie druki, i wyszedłem.

Gdy tylko zamknąłem drzwi od poczty, wybuchłem niekontrolowanym śmiechem. Śmiałem się całą drogę do domu (na szczęście mieszkam blisko poczty).

Niby nic takiego, bo zepsucie dnia przez 350 monet, ale satysfakcja pozostała.
Dodaj anonimowe wyznanie